Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

NASZE OPOWIEŚCI

TURNIEJ W PIEKARACH A.D. 2015

W niedzielę 28 czerwca wieczorem na placu przed kościołem stawiła duża grupa ministrantów – uczestników XVIII Turnieju Sportowego o Puchar Księdza Wizytatora w Piekarach. Ilościowo pobity został kolejny rekord: na zawody wyjechał ks. opiekun Bogdan Markowski, a wraz z nim 27 ministrantów, lektorów, lektorów-seniorów i lektorów-eksseniorów. Dołączyli do ponad 200 ministrantów – razem miało być około 260! – którzy przybyli do Piekar z misjonarskich parafii z całej Polski, a nawet z dalekiego Kazachstanu. Nasi chłopcy mieli podjąć zmagania w 10 dyscyplinach sportowych (nie tylko): w meczach piłki nożnej (dwie drużyny ze szkoły podstawowej i jedna seniorów) i siatkówki plażowej, meczach „piłkarzyków” i tenisa stołowego, biegach, szachach i pływaniu oraz grze komputerowej FIFA 2015 i konkursie wiedzy o św. Wincentym a Paulo i o Ewangelii według św. Marka.

Tegoroczny turniej odbywał się pod hasłem: «nie bój się, wierz tylko» (Mk 5, 36). Był doskonale przygotowany przez głównego organizatora – ks. Piotra Klimczaka CM, ale także uczniów i absolwentów Liceum Ogólnokształcącego w Piekarach, którzy jako wolontariusze licznie zgłosili się do pomocy w zawodach. Nowością był udział… szkolnej telewizji RADOSNA TV: nagrane filmy można znaleźć w Internecie wpisując «Radosna TV – You Tube».  Nasza grupa otrzymała do swojej dyspozycji domek mieszkalny numer 5 – z łóżkiem dla każdego uczestnika i kilkoma łazienkami, a codzienne śniadania, obiady i kolacje zapewniała szkolna stołówka. Jak zawsze – wszyscy gromadzili się codziennie rano w kościele pw. Bożego Narodzenia na Mszy św. koncelebrowanej przez księży – opiekunów grup ministranckich, z nauką ks. Łukasza Sztorca CM rozwijającą hasło tegorocznego turnieju, a w poniedziałek także na tradycyjnej wieczornej adoracji z okazją do spowiedzi świętej. Podobnie jak w latach ubiegłych – w czasie spotkań modlitewnych śpiewał zespół dziewczęcy z Karłowic Wielkich na Opolszczyźnie (który zmienił swoją nazwę na bardziej niezrozumiałą). I nawet pogoda dopisała: wszystkie zawody i konkurencje odbyły się w zaplanowanym czasie i miejscu.

Nasi ministranci startowali z różnym szczęściem. Nasz jedyny biegacz Mateusz Studziżba (SP) zajął… 23 miejsce, ponieważ 24 zawodnik został zdyskwalifikowany. Ostatecznie przegrali swoje występy w zawodach tenisa stołowego: Piotr Zych (L+), Filip Kamiński, Marek Dunaj i Rafał Krasicki (Gim) oraz Michał Studziżba (SP), a także Grzegorz Krasicki (L+) i Paweł Krasicki (SP) występy w grze komputerowej FIFA 2015. Po dwóch meczach piłki nożnej zakończyła swoje występy II drużyna SP (wyniki: 1:9 z Grodkowem i 0:6 z Pabianicami), a po trzech meczach nie wyszła z grupy eliminacyjnej drużyna seniorów (wyniki: 0:2 z Piekarską, 0:3 z Odporyszowem i 5:3 z Wrocławiem)

W pływaniu nie wyróżnili się Mateusz Litewka (L+) i Wojtek Karski (Gim), ale już Jakub Ciszewski (SP) okazał się bezkonkurencyjny i w pięknym stylu zdobył 1 miejsce. I potem było już tylko lepiej. I drużyna SP (Michał Studziżba, Paweł Krasicki, Tomasz Antolak, Łukasz Dunaj, Maciej Lipski i Jakub Ciszewski) w meczach piłki nożnej okazała się nie do pokonania! Wygrywali mecz za meczem: 4:1 z Tarnowem, 8:0 z Odporyszowem, 3:0 z Trzcielem i ponownie z Tarnowem 5:0) i w pięknym stylu zdobyli złoto. W zawodach piłki plażowej Jakub Ciszewski i Tomek Antolak (SP) po trzech popisowych meczach (20:14, 21:19 i 20:13) zapewnili sobie zwycięstwo. W pojedynkach szachistów Maciej Lipski (SP) doszedł do ćwierćfinału, ale Filip Kamiński (Gim) – po czterech wygranych partiach został zwycięzcą. W zawodach „piłkarzyków” Bartek Wesołowski i Szymon Chochoł (SP) oraz Filip Kamiński i Wojtek Karski (Gim) niczego nie osiągnęli, ale już Mateusz Litewka i Wojtek Stankowski (L+) zajęli ostatecznie 3 miejsce, a para Marek Dunaj i Rafał Krasicki zajęła miejsce 2. Natomiast bezkonkurencyjni okazali się Tomek Antolak i Paweł Krasicki (SP), którzy dosłownie rozgromili przeciwników i zdobyli 1 miejsce. Wreszcie nasz „intelektualista” Franek Bednarek (występujący tym razem jako gimnazjalista) ponownie okazał się najlepszym znawcą życia św. Wincentego a Paulo i zajął 3 miejsce w konkursie z wiedzy o Ewangelii św. Marka.

W rezultacie? Po ubiegłorocznej zapowiedzi, jaką było zdobycie Pucharu Księdza Wizytatora za II miejsce wśród zawodników ze szkół podstawowych – w tym roku chłopcy odnieśli jeszcze większy (i niekoniecznie spodziewany) sukces! W wyniku dobrego wytypowaniu przez ks. Bogdana (z pomocą Franka Bednarka) drużyn i zawodników, którzy mieli odnieść zwycięstwo – nasi ministranci zdobyli Puchar Księdza Wizytatora za I miejsce w klasyfikacji generalnej w kategorii Szkoła Podstawowa (I miejsca w piłce nożnej, „piłkarzykach” i pływaniu) i Puchar Księdza Wizytatora za I miejsce w klasyfikacji generalnej w kategorii Gimnazjum (I miejsce w szachach i konkursie wincentyńskim oraz II miejsce w „piłkarzykach”). Wracali więc do Krakowa jako najlepsza ekipa na turnieju (!), a dwaj ministranci – Jakub Ciszewski i Tomasz Antolak jako zdobywcy trzech złotych medali. To był prawdziwy dzień chwały naszej ministranckiej drużyny!

W tym roku w otwarciu turnieju w poniedziałek rano, jak i jego zakończeniu w środę wieczorem, wziął udział wizytator polskiej prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy – ks. Kryspin Banko CM. Ks. Wizytator w czasie uroczystości zamknięcia turnieju udekorował medalami zwycięzców zawodów, pozował do pamiątkowych zdjęć ze zwycięzcami i wręczył Puchary Księdza Wizytatora (trzy puchary w każdej kategorii wiekowej).

Powtórzmy uwagę z ubiegłego roku: turniej w Piekarach cieszy się niesłabnącą popularnością wśród ministranckiej braci – od najmłodszych po „weteranów”. Mało tego: jego popularność wzrasta. I za rok… No właśnie – za rok turniej pewnie się nie odbędzie. W Krakowie będą trwały przygotowania do Światowych Dni Młodzieży, a w Piekarach – do Światowego Spotkania Młodzieży Wincentyńskiej.

 (XYZ)

DNI SKUPIENIA W KALWARII 2015

W poniedziałek, 23 lutego, na długo wyczekiwany wyjazd do Kalwarii Zebrzydowskiej wybrało się pięć krucjatek, jeden lektor, jeden ministrant i trzech chłopców „z zewnątrz”. Opiekę nad nami sprawowali tradycyjnie ks. Bogdan, s. Beata i p. Przemek. Hasłem wyjazdu było zdanie z Ewangelii: Panie, naucz nas się modlić (Łk 11, 1).

Po podróży pociągiem – po południu byliśmy już na miejscu: w Domu Pielgrzyma kalwaryjskiego sanktuarium. Po wspólnej modlitwie nadszedł czas na pierwszą konferencję. Dotyczyła ona „Kalwaryjskiego Pielgrzyma” czyli świętego Jana Pawła II. Skupiliśmy się na Karolu Wojtyle, który był szczególnie przywiązany do Kalwaryjskich Dróżek. Jako papież przybywał do tego magicznego miejsca trzy razy: w roku 1979, 1991 oraz w 2002. Ks. Bogdan przyznał, że im częściej sam tutaj bywa, tym częściej chce tu powracać. I życzył nam, abyśmy również odkryli Kalwarię jako wyjątkowe miejsce.

Po godz. 14.30 udaliśmy się na wyprawę terenową. Przy pięknej, słonecznej pogodzie weszliśmy na górę Żar i zeszliśmy do Stronia, by z przystanku PKP Stronie pociągiem wrócić do Kalwarii. Na stacji byliśmy… 2 minuty przed odjazdem pociągu, bo ks. Opiekun nie uwzględnił, że w błocie i śniegu pokonywanie trasy będzie utrudnione.

Po pysznej obiadokolacji uczestniczyliśmy w pierwszej Mszy Świętej. Ks. Bogdan w kazaniu pytał: Jaka modlitwa? Usłyszeliśmy, że wcale nie musimy szukać Boga, ponieważ On już dawno nas znalazł. My jedynie musimy pozwolić Mu działać, otworzyć drzwi naszych serc. Pan ma dla każdego z nas wspaniały plan, w którym znajdziemy swoje spełnienie i którego realizacja uczyni nas szczęśliwymi. Dlatego modlitwa przede wszystkim powinna być słuchaniem. Ma otworzyć mnie na Bożą wolę i Bożą łaskę.

Tego wieczoru czekała nas jeszcze niespodzianka: była to lektura, lecz nie taka zwykła. Dostaliśmy dwa egzemplarze bajki o myszce Pip-pip: Kak jo myška Pip-pip plĕwaś nawuknuła (to po dolnołużycku) i Kak je myška Pip-pip płuwać nawuknyła (to po gónołużycku). Naszym zadaniem było wspólne czytanie i tłumaczenie tych książeczek (bez pomocy tłumacza). Ha, ha, to dopiero była zabawa, można było połamać język, a niektórzy mieli śmieszne skojarzenia (ta kupcycka – czyli mała wyspa!). Była też okazja na rozmowy we wspólnym gronie.

W drugim dniu po pobudce, modlitwie porannej (jutrzni) i śniadaniu – o godz. 10.00 zgromadziliśmy się na  Mszy Świętej w kaplicy Matki Bożej Kalwaryjskiej. Temat kazania nie był prosty: Jak mamy się modlić? Bywa, że uważamy, iż Pan Bóg jest maszyną do spełnienia naszych pragnień i zachcianek – ale tak nie jest! Więc jak mamy się modlić? Modlitwa ma być najpierw słuchaniem, ale także czynem, który jest konsekwencją tego słuchania. I musimy pamiętać, że szczególną wartość ma modlitwa wspólna, w zgromadzeniu: tego uczy nas Jezus.

Po Mszy św. wyruszyliśmy na Dróżki Kalwaryjskie. Trudno sobie wyobrazić, jak tam jest pięknie! Kolejne kaplice – to było piękne przeżycie. Po powrocie – o godz. 16.30 zebraliśmy się w kaplicy Domu Pielgrzyma na pracy z Pismem Świętym. Ksiądz zaczął spotkanie modlitwą o mądrość z Księgi Mądrości (Mdr 9, 9-11). Jeżeli modlitwa jest rozmową z Panem Bogiem – to najlepszym modlitewnikiem jest Pismo Święte. Ksiądz przekazał nam starą chrześcijańską zasadę: Czytać, rozmyślać, modlić się. Mamy czytać Pismo Święte, rozmyślając nad tym, co jest napisane – w ten sposób mamy okazję słuchania Boga, który mówi do nas słowami Pisma Świętego, i mamy okazję odpowiedzieć na Jego słowo. Tak nasza modlitwa staje się prawdziwą i szczerą rozmową z największym Przyjacielem. Wcześniej mieliśmy okazję zastosować to w praktyce: otrzymaliśmy różne fragmenty Pisma Świętego, a naszym zadaniem było odpowiedzieć na pytanie: Czego Słowo Boże uczy nas o modlitwie?

O godz. 18.00 udaliśmy się na obiadokolację. Wieczorem kontynuowaliśmy lekturę bajki o myszce Pip-Pip i jej przyjaciołach: kolejna dawka śmiechu. I tak po dniu pełnym wrażeń przyszedł czas na sen.

Pierwsza konferencja w trzecim dniu skupienia była poświęcona drodze młodego Karola Wojtyły. Ksiądz opowiadał, jak to przyszły papież nie miał łatwo w życiu. Najpierw śmierć mamy, potem ukochanego brata. Lecz Karol się nie poddał, zawsze był pilnym i obowiązkowym uczniem, a także ministrantem. „Lolek” jako młody chłopak zaczął też z podziwem patrzeć na swojego Ojca, który jeszcze bardziej zbliżył się do Boga po utracie bliskich. Nie ma wątpliwości, że Karol był wyjątkowym człowiekiem, z powołaniem, które widział i realizował, bez tego nie zostałby papieżem, a przede wszystkim świętym.

Po spotkaniu wyszliśmy na przystanek PKP Kalwaria Zebrzydowska, aby udać się pociągiem do Wadowic. Tam zobaczyliśmy Bazylikę Ofiarowania NMP oraz odnowioną, piękną kamienicę, w której jako dziecko mieszkał św. Jan Paweł II z rodziną. O godz. 12.40 wraz z przewodniczką, s. Marią, weszliśmy do domu rodzinnego Karola Wojtyły. Każde pomieszczenie przedstawiało poszczególne wydarzenie z życia „Lolka”: dziecka, ucznia, ministranta, robotnika, kapłana, kardynała, papieża. Mieliśmy okazje zobaczyć świadectwo Karola ze szkoły i różne jego prace, a także jedyne zdjęcie Karola z mamą (miał wtedy zaledwie 2 miesiące). Poznaliśmy Papieża jako wspaniałego podróżnika. Jak wiemy – uwielbiał góry, a także często wypływał na spływy kajakowe z przyjaciółmi. Zwiedzanie zakończyliśmy w sali, której ściany były wypełniona karteczkami z modlitwami wiernych z całego świata, które zanosili do Boga za wstawiennictwem Jana Pawła II. Przebywanie w domu Karola Wojtyły było dla nas wyjątkowym przeżyciem.

O godz. 14.30 rozpoczęła się Msza Święta w kościele Ojców Karmelitów „na Górce”. Po Mszy św. Ojciec Karmelita opowiedział nam historię powstania Zakonu Karmelitów Bosych i o działalności św. Rafała Kalinowskiego (niestety, bardzo niewiele: dowiedzieliśmy się, że w Rosji był budowniczym linii kolejowej J). Po powrocie do Kalwarii i obiadokolacji – odbyło się spotkanie z Pismem Świętym: tym razem naszym zadaniem było na podstawie danego fragmentu Biblii ułożyć modlitwę. Zadanie niełatwe: każdy otrzymał inny fragment Pisma św., ale myślę, że w miarę swoich sił i możliwości poradziliśmy sobie z tym zadaniem, skoro nawet najmłodsi zrobili to świetnie. Wieczorem Ksiądz odpowiadał na nasze pytania, przygotowane wcześniej na kartkach.

Niestety, pogoda w czwartek nie pozwoliła nam na wyjście na Dróżki Kalwaryjskie, dlatego Drogę krzyżową musieliśmy odprawić w krużgankach klasztornych. Po Drodze krzyżowej spotkaliśmy się w kaplicy na ostatniej Mszy Świętej. W kazaniu ks. Bogdan przypominał, że Jezus zawsze jest z nami: Przychodzi w Eucharystii: w Słowie, które słyszymy i rozważamy, i w Pokarmie, który spożywamy, abyśmy nie ustali w drodze, ale mieli życie wieczne. A jakby tego było mało – w tabernakulum zostaje z nami dzień i noc. Tu zawsze możemy przyjść do Niego tacy, jacy jesteśmy: ze swoimi lękami, obawami, niepewnością, roztargnieniami, nadziejami i zdradami. Tu zawsze uzyskamy nadzwyczajną odpowiedź: Ja tu jestem! Nie lękaj się! Po podsumowaniu dni skupienie – pozostało nam już tylko zjeść obiad, posprzątać i spakować się.

Ten wyjazd nie był do końca wyjazdem wypoczynkowym, ale miał służyć odnowie sił duchowych (a w mniejszym stopniu fizycznych), pogłębieniu wiedzy religijnej, życia modlitwy – odnowie każdego z nas. Zawsze na takich wyjazdach poznajemy nowe miejsca (czasem nowych ludzi). Mamy okazję również zbliżyć się do Pana Jezusa. Bywa, że w codziennym zamieszaniu i zabieganiu nie mamy czasu nawet na chwilę wejść do kościoła. Dla niektórych życie to szara rzeczywistość. A po takich wyjazdach, po nowych doświadczeniach, przeżyciach – wszystko zaczyna nabierać na nowo kolorów. Oby iść tak dalej: przed siebie, nie patrząc w dół, iść przed siebie z Panem Jezusem.

Weronika Mosiek 

TURNIEJ W PIEKARACH A.D. 2014

Wywiad z ks. Bogdanem Markowskim – opiekunem ministrantów

 

Ł.W.: Jak ocenia Ksiądz sukcesy podopiecznych w tegorocznym Konkursie o Puchar Księdza Wizytatora w stosunku do konkursu ubiegłorocznego?

Ks. Bogdan: Generalnie to wypadło nieco lepiej niż rok temu, ale właściwie chłopcy wyróżnili się w innych dyscyplinach niż w roku poprzednim. Może już nie pamiętamy, jak to było w ubiegłym roku, ale wówczas – jeżeli chodzi o piłkę nożną – to drużyna lektorów, a właściwie lektorów–seniorów nie odniosła żadnego sukcesu: odpadli w eliminacjach. Za to sukcesy były w czymś innym. W pływaniu startowało 2 zawodników i obaj zajęli pierwsze miejsca!

A kim byli zwycięzcy?

Jakub Ciszewski z podstawówki i Matusz Litewka z lyceum.

Mateusz też startował na 100 metrów? W tym roku nie dał rady powtórzyć wyniku.

To było nieco inaczej. Rok temu płynął na50 metrów, a Kuba Ciszewski na25 metrów. Tak przynajmniej mam zapisane. To chyba tak było. <śmiech>

Jeszcze wracając do ubiegłego roku. W szachach podstawówka zajęła wszystkie miejsca na podium! Jasiu Życzkowski był drugi, a Wojtek Oleksy trzeci (jeden w liceum, drugi w gimnazjum). A w tym roku w szachach żadnych sukcesów nie było – poza jednym jedynym Jasia Życzkowskiego: drugie miejsce w kategorii liceum, czyli powtórzył osiągnięcie z ubiegłego roku.

Co było dla Księdza największym zaskoczeniem?

Co było dla mnie największym zaskoczeniem? To drużyna piłkarska ze szkoły podstawowej. Od pierwszego meczu. No, nie powiem, że do ostatniego (<śmiech>), ale od pierwszego meczu, ponieważ skazałem ich na straty. To znaczy – cieszyłem się, że drużyna się zebrała i że zagra, ale uważałem, że odpadną w eliminacjach, że nie mają więcej szans, jak na trzecie miejsce w grupie składającej się z trzech drużyn, czyli że odpadną. Tymczasem szli od wygranej do wygranej! Pierwszy mecz wygrany, drugi wygrany, trzeci, czwarty i w efekcie zagrali w półfinale. Niestety, przegrali mecz, no i zagrali o trzecie miejsce, które też przegrali, ale ta drużyna to było totalne zaskoczenie dla mnie. Może przeciwnicy byli słabi? Ale chłopcy twierdzili, że zamierzenie zrealizowali. Z trzech drużyn z Odporyszowa dwie wyeliminowali z dalszych rozgrywek. <śmiech> To zrobiła podstawówka.

Podstawówka – oprócz tego, że dotarła do półfinału, to zajęła drugie miejsce w klasyfikacji ogólnej.

Zgadza się. Otóż to jest piękny puchar za drugie miejsce. <tu następuje prezentacja pucharu> Trzecie miejsce zajęli nasi ministranci seniorzy, ale za to pucharu nie było. Obecnie puchar jest przyznawany na innych zasadach niż kiedyś. Dawniej puchar był za miejsce, które zajmuje drużyna piłkarska w turnieju, bo kiedyś odbywały się tylko rozgrywki piłki nożnej. A w tej chwili każdy opiekun podaje organizatorom trzy dyscypliny w każdej grupie wiekowej. Trzy dyscypliny, na które stawia, w których przewiduje zwycięzców. I jeżeli ma mocną ekipę i dobrze postawi, to drużyna ma pewny puchar, ale ten puchar nie jest tylko dla piłkarzy, ale dla wszystkich zawodników ze szkoły podstawowej, gimnazjum albo liceum. Bo wszyscy pracują na sukces. A tutaj ja dobrze postawiłem, bo jeśli chodzi o szkolę podstawową to postawiłem raz – na «piłkarzyki», dwa – na konkurs wiedzy o św. Wincentym i trzy – na piłkę nożną.

A konkurs biblijny nie był brany pod uwagę, przecież Franciszek Bednarek również zwyciężył w tej konkurencji?

Jak się okazało, konkurs biblijny nie był brany pod uwagę. To znaczy – miał być ujęty w punktacji, ale ostatecznie liczył się do punktacji tylko test wiedzy o św. Wincentym a Paulo. Co na jedno wyszło, bo w «piłkarzykach» było pierwsze miejsce, w konkursie o św. Wincentym pierwsze miejsce, no i właśnie – piłkarze z podstawówki, którzy ostatecznie zdobyli czwarte miejsce… No cóż, bez ich czwartego miejsca pucharu by nie było. Dlatego to jest zaskoczenie i jednocześnie największy sukces.

Największy problem był z licealną drużyna piłkarską (w składzie: Zych, Oleksy, Stankowski, Życzkowski, Litewka). Ich problemem był szczupły skład (brak ludzi na zmianę). Czy ma Ksiądz pomysł na rozwiązanie tego problemu?

Proszę zauważyć, że jeszcze nigdy tak nie było, byśmy wystawiali dwie drużyny z liceum. A w tym roku wystawiliśmy drugą, co zresztą jest zasługą seniorów, weteranów służby ołtarza. To jest ich inicjatywa i pomysł, aby młodsi lektorzy w ogóle grali. Jednocześnie było grono osób z liceum, które chciały zagrać. Stworzono dwie drużyny, z tym że docelowo miały to być drużyny sześcioosobowe. W tej chwili nie ma grupy „liceum”, jest tylko „liceum plus”. Czyli grają licealiści, ale grają wraz ze studentami. I można wystawić zespoły łączone, czyli można łączyć młodszych ze starymi. Były więc dwie drużyny i masa problemów. Jeden zgłoszony w ogóle się nie pojawił (czyli Mateusz Leszczyński), a poza tym taki był pomysł samych seniorów – oni mieli siódemkę, z tym że w tej ich siódemce był Wojciech Stankowski, który grał w dwóch drużynach jednocześnie. Początkowo Paweł Stankowski miał być w drużynie młodszych, a drużyna starszych to miała być kolejna szóstka. Przy czym okazało się, że Paweł Stankowski gra jednak w drużynie starszych. Mateusz Leszczyński się nie pojawił, ale Wojtek Stankowski był w obu drużynach. To nie jest dobre rozwiązanie. Było to wprawdzie rozwiązanie nastawione na sukces, czyli był to pewien pomysł, który chyba się sprawdził – w tym znaczeniu, że starsi nie bardzo wyobrażali sobie grę bez Wojtka Stankowskiego w roli bramkarza. No i Wojtek grał i bronił, a drużyna starszych zajęła trzecie miejsce przegrywając właściwie tylko z mistrzem (z Piekarami).

Pewnie w młodszym składzie liceum mogłoby więcej chłopaków zagrać, tylko nasz grono jest szczupłe i nie wszyscy są piłką nożną zainteresowani (czego przykładem jest przeprowadzający wywiad). <śmiech> I oczywiście, na siłę nikogo do drużyny nie włączymy, ale jest możliwość, aby zaistniała mocna drużyna z liceum. Można by się jeszcze rozejrzeć. Grzegorz Krasicki na pewno chętnie by zagrał w składzie liceum. Z jakichś tam racji nie zagrał tym razem. A jeżeli mają grać też studenci, to może należałoby pomyśleć o jednej drużynie, ale mocnej. Ale znowu – jeżeli chcą grać nie tylko najmocniejsi, to należy im to umożliwić. Stwierdzam jedynie, że wstawianie jednego zawodnika do dwóch drużyn to nie jest dobry pomysł, obiektywnie rzecz biorąc, bo można zawodnika wykończyć

A nawiązując do zwycięstwa Piekar w turnieju piłkarskim – czy uważa Ksiądz że zostało ono zdobyte uczciwie?

Wiadomo, że dla gospodarzy gra boisko i całe otoczenie. Ja odpowiem tak trochę dyplomatycznie. To trochę tak jak z drużyną Brazylii na mundialu. Tak samo jest z drużyną z Piekar w Piekarach.

Ale Piekary wygrały turniej, a Brazylia przegrała.

Stadion i jego otoczenie działa na korzyść gospodarzy tylko do pewnego momentu. Jak trafią na naprawdę mocnego przeciwnika, to nic im nie pomoże. Więc najwyraźniej Piekary nie trafiły na takiego przeciwnika, jak Brazylia grając z Niemcami.

Ostatnie pytanie na koniec: co Ksiądz sądzi o postawie opiekuna ministrantów z Odporyszowa – ks. Bronisława? (Ks. Bronisław zbojkotował rozdanie nagród i nie pojawił się na uroczystości kończącej turniej – przyp. Ł.W.)

Nooo, ks. Bronisław jest weteranem, emerytem właściwie. Między nami mówiąc – to jest już siedemdziesiątka. To na zakończeniu mógł sobie pozwolić na zachowanie emeryta. <śmiech>

Ale czy uważa Ksiądz, że ministranci z podstawówki mogli osiągnąć więcej?

Ha! Oni osiągnęli więcej, niż się spodziewałem! <śmiech>

Rozmawiał Łukasz Wieczorek

 

ZIMOWISKO SŁUŻBY LITURGICZNEJ

Ponownie nie zabrakło chętnych na zimowisko nad morzem. Ponownie – ponieważ po części ci sami uczestnicy przebywali na zimowisku nad morzem w 2012 roku. To oni nadawali ton wyprawie, która rozpoczęła się we wtorek 4 lutego 2014 r. na krakowskim Dworcu Głównym PKP. Ostatecznie pociągiem TLK Pobrzeże o godz. 6.00 do Sopotu wyruszyło 17 osób: ks. Bogdan, s. Beata, 4 dziewczęta i 11 chłopców – starszych i młodszych.

Uczestnicy dużą część czasu poświęcili na spacery nad morzem. Chociaż pogoda (według Szefa) była nazbyt mało mroźna i za bardzo wiosenna… Wędrowali z Sopotu Kamiennego Potoku na sopockie molo i do centrum miasta, z przystanku SKM Gdynia Stocznia do Kapitanatu Portu i Dworca Morskiego w Gdyni (z widokiem na port wojenny na Oksywiu), z centrum Sopotu (od mola) do Kamiennego Potoku, z Sopotu Kamiennego Potoku do Gdyni (do skweru Kościuszki) i z centrum Sopotu do Gdańska Brzeźna, przebywali także na Helu. W sumie „przespacerowali”35 kilometrów. Co nie znaczy nic wobec kilometrów pokonywanych podczas wakacji.

Był też czas na zwiedzanie: Westerplatte, twierdza Wisłoujście, centrum Gdańska, Wzgórze św. Maksymiliana i Oceanarium w Gdyni oraz Fokarium w Helu. I na rozrywkę: starsi uczestnicy w gdyńskim Multikinie oglądali film, a wszyscy chętni dwukrotnie zażywali kąpieli w sopockim Aquaparku (furorę robiła „dzika rzeka”). Była jeszcze – zapowiadana od dawna – wspólna lektura Kongresu futurologicznego Stanisława Lema. Która to lektura spotkała się z „umiarkowanym zachwytem” słuchaczy, ale za to młodsi uczestnicy doskonale zapamiętali co bardziej frywolne hasła…

Codziennie przed wyjściem na spacery i zwiedzanie – wszyscy uczestniczyli we Mszy Świętej w kaplicy gościnnego domu Księży Misjonarzy w Sopocie (w parafii pw. Zesłania Ducha Świętego), który był „bazą” i miejscem noclegów. Na życzenie niektórych starszych uczestników („taka jest tradycja”) codzienna Msza św. była odprawiana po łacinie, a mea culpa, et cum spiritu tuo i wspólny Pater noster były wypowiadane coraz to lepiej. Istotnym novum były też rozważania do codziennej ewangelii, które wcześniej przygotowali wyznaczeni uczestnicy: brzmiały lepiej (bo były własne) lub gorzej (bo ściągnięte z Internetu), ale były sporym wyzwaniem i nowym doświadczeniem dla chłopców i dziewcząt. Przygotowane rozważania były uzupełniane przez krótkie homilie, głoszone już przez ks. Bogdana. Był też wspólny śpiew, przygotowywany i prowadzony naprzemiennie przez coraz to innego utalentowanego gitarzystę/tkę.

Tak jak Trójmiasto powitało ich słoneczną pogodą – tak słońce żegnało wyjeżdżających, gdy w poniedziałek 10 lutego wracali do domów. Generalnie bardzo zadowoleni, co widać na zdjęciach i filmie, przygotowanych przez Kingę Zych… Z Gdyni pociągiem TLK Pobrzeże wyjechali o godz. 12.53, by o godz. 22.31 wysiadać w Krakowie Głównym. I by następnego dnia stawić się w komplecie na uroczystościach odpustowych ku czci Najśw. Maryi Panny z Lourdes.

(XYZ)

GORĄCE WAKACJE W BYSŁAWKU

W czwartek 1 sierpnia 2013 r. na dwutygodniowe wakacje do Bysławka k. Tucholi udała się grupa 18 chłopców i dziewcząt z grona służby liturgicznej naszej parafii (grupę w większości stanowili uczniowie szkół podstawowych). Tym razem dwójka opiekunów – ks. Bogdan i br. Przemek – została wzmocniona przez s. Beatę i p. Agatę (czyli naszą stałą «pomoc medyczną»), a krucjatka Patrycja dostąpiła miana uczestniczki… wspierającej Kadrę (i w nowej roli zaprezentowała się bardzo dobrze).

Ks. Bogdan rok temu – po wakacjach z grupą starszych uczestników – zapisał uwagę: wyjazd był bardzo udany, także dzięki p. Tomaszowi, u którego grupa mieszkała i żywiła się (palce lizać!), korzystała również z jego niepospolitej znajomości terenu (i osób). Zapadła więc decyzja, by za rok… powrócić w Bory Tucholskie, ale tym razem z grupą młodszych uczestników, dla których teren będzie równie odpowiedni dla spędzenia wspólnych wakacji… I tak się stało.

Bysławek sam w sobie jest ciekawym miejscem. Położony na uboczu głównych szlaków komunikacyjnych – wydaje się być enklawą z innych czasów: mieszkańcy znają się i chętnie sobie pomagają, domostwa można pozostawić otwarte w dzień i noc, wspólnota Sióstr Miłosierdzia, zamieszkała w dawnym klasztorze Sióstr Benedyktynek, podtrzymuje we wsi Bożego ducha, wieczorną ciszę zakłóca jedynie ćwierkanie pasikoników, a pobliskie, czyste jeziora nadają się wybornie m.in. do kąpieli.

Ale uczestnicy wyjazdu nie mieli leżeć do góry brzuchem w Bysławku. Program wyjazdu był bardzo precyzyjnie nakreślony, a chłopcy i dziewczęta zasadniczo nie sprawiali kłopotu podczas zwiedzania zaplanowanych miejsc i wędrówek leśnymi duktami. Mimo – a może właśnie z powodu nadzwyczaj sprzyjającej pogody! Wszyscy codziennie oczekiwali bowiem jednego: kąpieli w jeziorach. A wiedzieli, że tylko sprawne realizowanie innych punktów programu zapewnia czas na kąpiel czy upragnioną grę w piłkę. Ostatecznie chłopcy i dziewczęta aż 8 razy zażywali kąpieli w jeziorach (bywało, że kilkugodzinnych) – a jeszcze było im mało, chociaż był to rekord od wielu lat!

Już program pierwszego dnia pobytu dawał przedsmak całości. Po zwiedzeniu słynnego akweduktu w Fojutowie (gdzie Wielki Kanał Brdy przepływa nad Czerską Strugą) – ks. Bogdan zarządził 10-kilometrową trasę pieszą z Barłogów do Białej w poszukiwaniu zapomnianych akweduktów. Uczestnicy odnaleźli oba miejsca: zarówno akwedukt, którym Mały Kanał Brdy jest poprowadzony nad kanałem Węgorni, jak i miejsce, gdzie krzyżuje się z doprowadzalnikiem Grzybiec. Ale potem było pierwsze kąpielisko: nad jeziorem Głęboczek w Tucholi…. W kolejnych dniach uczestnicy wynajętym busem docierali na Kaszuby (czyli do Szymbarku i na Wieżycę), zwiedzali Tucholę, Bydgoszcz, Chełmno (na zdjęciu), dom pomenonicki w Chrystkowie, byli na terenach dawnej kopalni węgla brunatnego w Pile, w Muzeum Indiańskim w Wymysłowie, w ogrodzie dendrologicznym i na ścieżce przyrodniczej „Jelenia Wyspa” w Gołąbku, na trasie pieszej w rezerwacie „Dolina Rzeki Brdy”, odprawili Drogę krzyżową na Kalwarii w Wielu i popłynęli statkiem po Kaszubskim Morzu (czyli jez. Wdzydze), podróżowali wąskotorówką ze Żnina do Gąsawy i zwiedzali Muzeum Archeologiczne w Biskupinie. Niewątpliwie, coś z tego wszystkiego w głowach pozostało, skoro do konkursu krajoznawczego przystąpiło 13 ochotników, a najlepszymi znawcami terenu (i zdobywcami cennych nagród) okazali się: Franek Bednarek, Julia Sowińska i Łukasz Dunaj.

Tylko wyśmienita kuchnia p. Iwony (palce lizać!) okazała się… kontrowersyjna: gdy jedni liczyli kolejne „najlepsze obiady w życiu”, inni kręcili nosem. Ks. Opiekun na tej podstawie ukuł nowe pojęcie: „ograniczone możliwości smakowe”, którymi dziś charakteryzują się niektóre dzieci. Tzn. wydają się znać tylko dwa smaki: wielosmakowych chipsów i zupy pomidorowej u babci. A innych smaków nie akceptują – bo nie znają.

Dla Opiekunów wyjazd był bardziej absorbujący, aniżeli wyjazd z grupą starszych. Dzieci dziś mają kłopot ze słuchem: informacje i polecenia trzeba było powtarzać po wielokroć, a niektórzy i tak ich nie słyszeli. Szczególnej uwagi wymagał pobyt na kąpieliskach: całymi godzinami ktoś musiał kontrolować kąpiel chłopców i dziewcząt, patrząc uważnie, czy skaczący do wody również z wody się wynurza… Ale Opatrzność Boża – jak zwykle – czuwała nad uczestnikami wyjazdu i nawet nieliczni chorujący szybko wracali do zdrowia.

(XYZ)

CERKIEW TU, CERKIEW TAM…

WAKACJE SŁUŻBY LITURGICZNEJ W BESKIDZIE SĄDECKIM

Na wspólne wakacje w Beskidzie Sądeckim wyruszyliśmy we wtorek 9 lipca 2013 r. (było nas 15 lektorów i krucjatek oraz 2 opiekunów). Jeszcze w Krakowie spotkaliśmy się na pierwszej Mszy Świętej, a po niej zapakowaliśmy się do autokaru i wyruszyliśmy w czterogodzinną podróż do Muszyny. Tam zatrzymaliśmy się w pięknie położonym pensjonacie «U Wojaka»: z jego okien można było podziwiać Muszynę i okolice, wraz z najbardziej rzucającym się w oczy obiektem, jakim były ruiny zamku, znajdujące się po drugiej stronie Muszynki. Podczas pierwszego spaceru po mieście zdobyliśmy ruiny zamku, byliśmy w kościele św. Józefa i zrobiliśmy zakupy.

Program kolejnych dni był bardzo wypełniony. Pierwszym celem naszych wypraw były cerkwie: m.in. w Hańczowej, Wysowej, Blechnarce, Kamiannej, Bereście, Powroźniku, Tyliczu, Mochnaczce Niżnej, Wojkowej, Dubnem, Leluchowie, Wierchomli Wielkiej oraz na Słowacji (ogólnie po jednej cerkwi na każdą miejscowość, w której byliśmy). Nie zabrakło również tras pieszych, z podejściami nawet do 600 metrów: z Czarnego Potoku przez Jaworzynę Krynicką do Muszyny, z Krynicy przez Górę Parkową i Huzary do Banicy, z Wojkowej przez Dubne do Leluchowa czy z Wierchomli Małej przez Jaworzynkę i Pustą Wielką do Żegiestowa, a także ze Szczawnika przez Runek i Jaworzynę Krynicką do Czarnego Potoku. Okazało się, że wszyscy przeszli przynajmniej 80 kilometrów tras pieszych, ale niektórzy z naszej ekipy zrobili prawie 40 kilometrów więcej.

Skorzystaliśmy z okazji, by zwiedzać również Słowację. W ciągu całego wyjazdu byliśmy tam trzy razy. Zwiedziliśmy tam zamek w Starej Lubowli, który od 1412 roku do zaborów był siedzibą polskiego starosty spiskiego, a w okresie szwedzkiego „potopu” na zamku lubowelskim były przechowywane polskie klejnoty koronne. Dziś znajduje się tam muzeum, a obok – interesujący skansen etnograficzny. Zamek zwiedzaliśmy w deszczu, co nam specjalnie nie przeszkadzało, poza tym, że pogorszyło widoki z zamkowej wieży. Niektórzy zwiedzili także dawny klasztor kamedułów w Czerwonym Klasztorze (część grupy zdecydowała się wyruszyć z miejsca na dłuższą trasę pieszą). Ostatnimi miejscami, do których dotarliśmy na Słowacji, był stutysięczny Preszów (wraz z greckokatolicką cerkwią katedralną pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela) oraz sanktuarium maryjne w L’utinie, które zastaliśmy w remoncie.

Muszę dodać, że w niedzielę uczestniczyliśmy w Eucharystii w rycie wschodnim – w cerkwi greckokatolickiej Objawienia Pańskiego w Krynicy (…2 godziny i 45 minut) i w katedrze św. Jana Chrzciciela w Preszowie (…50 minut).

Ważnym miejscem, które zwiedziliśmy, była Kamianna. Zwiedziliśmy tamtejszą cerkiew (dziś: kościół parafialny), skansen, Muzeum Pszczelarstwa i sklep z produktami pszczelarskimi. Po wszystkich obiektach oprowadził nas Przewodnik rodem z Pienin, który był do nas tak życzliwie nastawiony, iż oprowadził nas także po „kulisach” – czyli po pracowni pszczelarskiej i innych miejscach. Kolejnym charakterystycznym miejscem była, pozornie niczym się nie wyróżniająca spośród innych miejscowości, Mochnaczka Niżna, a w niej na włościach Zgromadzenia Sióstr Michalitek prawdopodobnie najmniejsza, a urocza cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy. A poza tym każdy miał tam okazję wyszaleć się na placyku zabaw dla dzieci…

Wieczorami zwykle gromadziliśmy się na Mszy Świętej i na pogadankach, czas wypełniany był też lekturą książek. Nie brakowało również czasu wolnego, który był wykorzystywany w różny sposób: większość z nas, która miała dość energii po całym dniu zwiedzania albo wędrówek, uprawiała sport na pobliskim boisku szkolnym, inni zaś wypoczywali albo dokształcali się muzycznie (m.in. przygotowując pieśni na Msze Święte).

W mojej ocenie wyjazd był bardzo udany. Nikomu nie brakowało poczucia humoru, każdy miał też możliwość wykazania się własną inicjatywą podczas przygotowywania niestandardowych śniadań (co sami nazwaliśmy «kuchennymi rewolucjami»). Muszyna jest bardzo dobrym miejscem na wypoczynek, zarówno dla preferujących ciszę i spokój, jak i dla zwolenników aktywnego wypoczynku, a górskie krajobrazy są wręcz urzekające (dlatego jadąc w tamte strony nie można zapomnieć o aparacie fotograficznym).

Mateusz Piątkowski

TURNIEJ SŁUŻBY LITURGICZNEJ W PIEKARACH

W dniach 1—3 lipca 2013 r. w Piekarach (w Centrum Edukacyjnym Radosna Nowina 2000) odbył się XVI Turniej Służby Liturgicznej o Puchar Księdza Wizytatora. W niedzielę wieczorem i przez całą noc (!) przybywali do Piekar ministranci wraz ze swoimi księżmi-opiekunami: z Grodkowa, Iłowej, Gozdnicy, Odporyszowa (najliczniejsi!), Pabianic, Skwierzyny, Słubic, Sopotu i Zakopanego, z naszej parafii, parafii św. Józefa we Wrocławiu i parafii św. Wincentego a Paulo w Bydgoszczy (bez opiekuna). W zawodach wystąpili także ministranci i ministrantki (!) z samych Piekar oraz grupa ministrantów z… Kazachstanu. Niestety, zabrakło ministrantów m.in. z dużych parafii w Warszawie i Tarnowie.

Uczestnicy zawodów codziennie uczestniczyli we Mszy Świętej, dla której oprawę muzyczną sprawiał rewelacyjny zespół dziewczęcy (z udziałem dwóch młodzieńców) «Magdalenki» z Karłowic Wielkich na Opolszczyźnie; wszyscy mieli też okazję do modlitewnego czuwania przed Najśw. Sakramentem i do spowiedzi świętej. Nad przebiegiem spotkania czuwała grupa księży (m.in. ks. Andrzej Gieroń, który głosił nauki do młodych podczas codziennych Mszy Świętych), ale cały ciężar organizacyjny spoczywał na głównym odpowiedzialnym – ks. Piotrze Klimczaku, któremu pomagała grupa wolontariuszy z liceum w Piekarach. A skala przedsięwzięcia była ogromna: zapewnienie wyżywienia i noclegów, pomocy medycznej i napojów, przygotowanie sprawnego przebiegu zawodów i licznych nagród, dyplomów, medali oraz pucharów dla zwycięzców. Tym bardziej, że liczba uczestników osiągnęła kolejny rekord: w zawodach uczestniczyło 257 chłopców (i dziewcząt). Nie mogło się więc obyć bez problemów organizacyjnych, których przyczyną byli… sami księża-opiekunowie: niestety – mimo ustalonego terminu zgłoszeń – do końca nie było jasne, skąd przyjadą chłopcy i w jakich wystąpią dyscyplinach.

Chłopcy z naszej parafii – w liczbie 21 (ze szkoły podstawowej, gimnazjaliści, licealiści i seniorzy) – występowali w zawodach ze zmiennym szczęściem. Drużyna piłkarska seniorów (w której zagrali m.in. zdobywcy tytułów mistrzowskich sprzed kilku lat) grała nierówno, ale nie mogło być inaczej, skoro ministranci-weterani zgłoszeni do drużyny mieli na głowie… obronę pracy magisterskiej albo konieczność „urwania się” z zawodów do pracy: wygrali mecz z Wrocławiem 1: 0, przegrali mecz z Bydgoszczą 0:4 i wygrali z Gozdnicą 11:2, i na skutek niekorzystnej różnicy bramek (Wrocław wygrał z Bydgoszczą) odpadli z dalszych rozgrywek. Natomiast nie udało się skompletować drużyny w młodszych kategoriach wiekowych.

Wielkimi przegranymi okazali się pingpongiści: ze względu na bardzo dużą ilość zawodników – przegrane mecze eliminacyjne dosłownie eliminowały zawodników z dalszych rozgrywek. Najbliższy sukcesu był Piotr Zych (gimnazjalista), ale i on przegrał trzeci mecz eliminacyjny. Lepiej się zaprezentowali nasi dwaj biegacze: Grzegorz Krasicki (gimnazjalista) zajął 6 miejsce w biegu na 600 metrów, ale Wojciech Stankowski (licealista) zajął 2 miejsce w biegu na 1200 metrów i ze srebrnym medalem zajął miejsce na podium. Ale wszystko zaczęło się od sukcesu pływaków: Jakub Ciszewski (podstawówka) w świetnym stylu wygrał na dystansie 25 metrów, a Mateusz Litewka (licealiści) zajął 1 miejsce na dystansie 50 metrów. Zaś najlepiej wypadli – jak przewidywano – szachiści: Jan Życzkowski (licealista) zajął 2 miejsce, Wojciech Oleksy (gimnazjalista) uplasował się na 3 miejscu, zaś ministranci ze szkoły podstawowej opanowali wszystkie miejsca na podium: Edgar Dziedzic miejsce 1, Maciej Lipski miejsce 2, a Filip Kamiński miejsce 3 (na miejscu 5 znalazł się Dominik Ryszawy). Kropkę nad i postawił nasz „intelektualista” Franek Bednarek (podstawówka), który zajął 1 miejsce w konkursie z wiedzy o św. Wincentym a Paulo (!) i 3 miejsce w konkursie biblijnym z Ewangelii według św. Marka.

Były jeszcze inne atrakcje. Była gra terenowa, w czasie której wszystkie drużyny szukały na terenie Piekar sześciu dokumentów, potwierdzających historyczność Jezusa Chrystusa: nasza ekipa, po dwugodzinnym bieganiu po Piekarach oraz zmaganiu się z chaszczami i komarami – jako ósma dostarczyła na miejsce wszystkie zdobyte papiery. Był kryty basen, z którego niektórzy chłopcy chętnie korzystali. Był upał, a więc woda mineralna nie tylko spożywana, ale rozlewana na głowy, ubrania i podłogi…

W środę wieczorem, z pomocą rodziców wszyscy wracali do Krakowa. Po rozdaniu nagród bardziej lub mniej zadowoleni. By przygotowywać się do kolejnego wakacyjnego wyjazdu. I ewentualnie marzyć o kolejnym spotkaniu w Piekarach – już za rok.

A ks. Opiekun wracał z bólem głowy. Dlaczego? Gdy naszym ministrantom ze szkoły podstawowej nie udało się stworzyć siedmioosobowej drużyny piłkarskiej – parafia w Odporyszowie wystawiła w tej kategorii 2 drużyny. Gdy w naszej, ponoć piętnastotysięcznej parafii mamy 40 ministrantów i trudno o nowych – w trzytysięcznym Odporyszowie z przysiółkami jest ich ponad 100! Myślał więc ks. Opiekun: co zrobić, by przekonać chłopców z naszej parafii (i ich rodziców) do służby przy ołtarzu? A potem, przy okazji, do uprawiania sportu – dla zdrowia i dla medali…

(XYZ)

SAPANTA, IEUD, DRAGOMIRNA, PUTNA I INNE

CZYLI O MAJÓWCE SŁUŻBY LITURGICZNEJ W RUMUNII

 Gdy p. Zdzisław, zresztą nauczyciel historii w Społecznym Gimnazjum nr 7 przy ul. Stradomskiej, zaproponował wspólną wyprawę do Rumunii – ks. Bogdan nie zastanawiał się długo. Następnego dnia wysłał mu smsa o treści: merge = jedziemy. Wyprawa miała być wspólna, bo do uczniów z jego szkoły i osób związanych ze szkołą – mieli dołączyć ministranci oraz krucjatki z naszej parafii, i ewentualnie rodzice ministrantów. Zaplanowano ją na dni 29 kwietnia – 5 maja 2013 r.

Skład parafialnej «podgrupy» rodził się w bólach. Gdy osiągnął liczbę 25 uczestników (tyle zarezerwowano sobie miejsc) – zaczęły się rezygnacje. Z bólem serca rezygnowali uczestnicy, którym na wyjazd nie pozwolił stan zdrowia, ale bywały rezygnacje bardziej kuriozalne. Ktoś twierdził, że skoro nie zwiedzamy głównych miejsc w Rumunii, ale jakieś zupełnie nieznane okolice, to nie ma tam po co jechać… Gdzieś w podtekście braku liczniejszych zgłoszeń była jakaś obawa: jak to tam naprawdę w tej Rumunii jest? Ostatecznie na pięciodniową wyprawę z ks. Bogdanem wyruszyło 17 osób: dwoje rodziców, 5 dziewcząt i 9 chłopców (starszych i młodszych). I chyba wszyscy wrócili nadzwyczaj zadowoleni.

Najtrudniejszy był pierwszy dzień, bo po całonocnej podróży z Krakowa do Rumunii (autokarem firmy JORDAN) przyszło nam zwiedzać krainę o egzotycznej nazwie Maramuresz. Podróżowaliśmy przez cały dzień szosą wzdłuż granicy ukraińskiej, tak dziurawą, że nasze polskie wyboje wydały się nam sielanką. Ale nie było innego wyjścia, skoro chciano zobaczyć słynny wesoły cmentarz w Sapanta, prywatny skansen i najstarszą drewnianą cerkiew w Ieud (1364 r.!), słynne bramy maramureskie i drewniane budownictwo w Bogdan Voda i piękne widoki z przełęczy Prislop (1413 m. n.p.m.). A później była jeszcze opowieść o polskich legionistach, którzy walczyli w rumuńskich Karpatach podczas I wojny światowej i którzy spoczywają na cmentarzu w Cârlibaba. Tak więc dopiero wieczorem autobus dojechał do Solonetu Nou czyli Nowego Sołońca – „małej Polski” w Rumunii – gdzie uczestnicy zostali rozlokowani na noclegi u polskich rodzin (zwykle po 3 osoby).

Następne 3 dni były przeznaczone na malowane cerkwie Bukowiny. Coraz piękniejsze, często po gruntownym odnowieniu, z malowidłami na ścianach zewnętrznych i wewnętrznych, zwykle wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO: Suczawa (cerkiew z relikwiami św. Jana Nowego, z XVI w.), Pătrăuţi (XV w.), Dragomirna (XVII w.), Arbore (XVI w.), Putna (XV w.), Suceviţa (XVI w.), Moldoviţa (XVI w.), Voroneţ (XV w.) i Humor (XVI w.). Cerkwie często znajdują się na terenie klasztorów żeńskich, a Putna – klasztoru męskiego. W klasztorze Putna grupa mogła uczestniczyć w liturgicznym obrzędzie umycia nóg: przełożony klasztoru umył nogi 12 kapłanom, po czym odbyła się procesja do cerkwi (był to Wielki Czwartek, skoro prawosławna Wielkanoc przypadała w tym roku 5 maja). Nie było żadnych przeszkód w zwiedzaniu cerkwi wewnątrz i zewnątrz (za odpowiednią opłatą), nie brakowało też turystów i pielgrzymów (zwłaszcza w klasztorze w Putna).

Na koneserach stosowne wrażenie robiły świetnie zachowane malowidła. Chociażby monumentalny sąd ostateczny – najlepiej widoczny na cerkwiach Voroneţ i Moldoviţa. Sąd ostateczny podobny do przedstawień znanych nam ze sztuki Zachodu, a jednocześnie bardzo od nich różny: na górze, pośrodku widnieje Starzec Dni, wśród aniołów zwijających niebo (zapełniają je znaki zodiaku); poniżej Chrystus na tronie w układzie deesis (z Maryją i Janem Chrzcicielem); po bokach Chrystusa zasiadają sprawiedliwi, zaś poniżej Chrystusa znajduje się tzw. hetimasia: tron z księgą, czekający na Sprawiedliwego Sędziego; z hetimasią łączy się waga, która waży występki i dobre uczynki ludzi (z aktywnym udziałem złych duchów). Z lewej strony hetimasji stoi lud wierny (prawosławny) – biskupi, kapłani, możni i prosty lud – a z prawej znajdują się innowiercy z żydami na czele, przed nimi zaś Mojżesz pokazuje im wieczne królestwo, które utracili… Spod stóp Starca Dni wypływa rzeka ognia, w której giną potępieni. Jest też długa kolejka świętych i zbawionych u bram niebios, ze św. Piotrem na czele… Po takiej dawce cerkwi i sztuki cerkiewnej – nie dziwiło, że starsi chłopcy w pewnym momencie zaczęli cierpień na „przesilenie cerkiewne”. Które – o dziwo! – w mniejszym stopniu dopadło dziewczęta i młodszych uczestników wyjazdu.

Bukowina to – oczywiście – nie tylko cerkwie. W Suczawie młodzież obowiązkowo powędrowała do restauracji McDonald’s (zawsze takiej samej), a w drodze do monasteru Suceviţa cała grupa zatrzymała się w miejscowości Marginea przy sklepie z pamiątkami. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Marginea jest ośrodkiem garncarstwa od 1500 roku i miejscowe tradycje kultywuje po dziś dzień zakład ceramiczny położony zaraz za sklepem. Dodajmy – zakład szeroko otwarty dla gości: Dominik w zakładzie, z pomocą miejscowego mistrza, „ukręcił” sobie z gliny całkiem ładną pamiątkową miskę, ze stosownym napisem, którą udało mu się bezpiecznie dowieźć do Krakowa.

Nie udało się dotrzeć do Polaków w Poiana Micului – czyli Pojanie Mikuli: nic nie wskazywało na rychły zamiar odbudowy mostu na potoku Humor, zniszczonego przez powódź, zaś podróżowanie autobusem przez prowizoryczny przejazd mogłoby zakończyć się katastrofą. W miejsce wizyty u Polaków – grupa zwiedziła cmentarz żydowski (kirkut) w Gura Humorului, a następnie zatrzymała się w samym Gura Humurului. Tam zajęto się wydawaniem w sklepach ostatnich pieniędzy, ale ks. Bogdan wyruszył… nawiedzić nową, wielką i piękną katedrę prawosławną w tym mieście (jak się okazało – oddaną do użytku… rok temu). Zresztą, w Rumunii można było zobaczyć niemało nowych albo odnowionych cerkwi prawosławnych.

W cały kraju, a zasadniczo właśnie na Bukowinie, mieszka ponad 3.600 Polaków i są tam uznaną mniejszością narodową, która ma swojego przedstawiciela w parlamencie. Podobnie jak pozostałe 18 mniejszości narodowych (!) – nie licząc Węgrów, których jest tak wielu, że występują do wyborów jako partia polityczna. Pomoc Polakom była jednym z celów tegorocznej majówki, nie mogło też zabraknąć spotkań z Polakami: w Domu Polskim w Suczawie, w Kaczyce i w Domu Polskim w samym Nowym Sołońcu: wieczorne spotkanie w Nowym Sołońcu, przygotowane przez mieszkańców, wypełniło kosztowanie miejscowych „specjałów”, wspólne śpiewy, a także integracyjne tańce młodzieży sołonieckiej i krakowskiej, nowoczesne i klasyczne (polonez wypadł bardzo dobrze).

Dodajmy, że w Nowym Sołońcu również w kościele zarówno miejscowi Polacy, jak i goście z Polski mogą poczuć się „u siebie”: ks. proboszcz Marius Bucevski Msze św. i nabożeństwa celebruje po polsku.

Ostatni, piąty dzień majówki wyglądał inaczej. Autobus „odpoczywał”, zaś cała grupa powędrowała na piechotę, na skróty przez okoliczny pagórek, do miejscowości Cacica czyli Kaczyka. A Kaczyka – to kawałek polskiej historii!

Polacy, przede wszystkim spod Bochni i Wieliczki, przybyli do Kaczyki pod koniec XVIII wieku, aby pracować tam… w kopalni soli. Zaś w roku 1902, na życzenie św. Józefa Bilczewskiego, arcybiskupa lwowskiego, do Kaczyki przybyli misjonarze, którzy objęli miejscową parafię oraz filię w Nowym Sołońcu. Pierwszym misjonarskim proboszczem był ks. Kasper Słomiński (1902-1906), późniejszy długoletni wizytator krakowskiej prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Największą jego zasługą było wybudowanie nowego kościoła, który w 1904 roku konsekrował abp Józef Bilczewski. Ks. Kasper Słomiński bardzo rozsławił również wizerunek Matki Bożej Kaczyckiej (który jest kopią Ikony Jasnogórskiej): stał się on celem licznych pielgrzymek, które ściągały nie tylko Polaków. Dziś Kaczyka jest głównym sanktuarium maryjnym Kościoła katolickiego w Rumunii! I tylko od 1967 roku – od śmierci ostatniego misjonarza, ks. Józefa Chachuły – kaczyckim Polakom brakuje księdza, który dbałby nie tylko o ich wiarę, ale także narodową tożsamość: dziś w Kaczyce posługują rumuńscy franciszkanie. Tak naprawdę

W kościele miał miejsce miły moment: Dominik przekazał p. Krystynie Cehaniuc, przewodniczącej Związków Polaków w Kaczyce, ofiary złożone przez parafian jako pomoc dla bukowińskich dzieci, zaś ks. Bogdan odebrał z jej rąk podziękowanie na piśmie… i skromne upominki (część ofiar wcześniej została przekazana Polakom w Pojanie Mikuli, dokąd ks. Bogdan, w towarzystwie kilku osób, dotarł prywatnym samochodem).

Trasa piesza o długości 8 kilometrów, połączona ze zwiedzaniem kopalni soli i nawiedzeniem sanktuarium maryjnego w Kaczyce – wszystkim bardzo się przydała. Bowiem po powrocie do Nowego Sołońca, po obiedzie i niedzielnej Mszy św. (odprawionej przez ks. Bogdana o godz. 16.00 w sobotę), uczestnicy wyjazdu mieli spędzić… 16 godzin w autobusie, podróżując bezpośrednio, z krótkimi przerwami na niezbędne przestoje, przez Rumunię, Węgry i Słowację do królewskiego Krakowa. A podróżowali bez przeszkód, skoro dotarli na plac przed naszym kościołem – zamiast planowanej godz. 13.00 – już o godz. 8.30 rano. Pełni niezapomnianych wrażeń!

(XYZ)      

DNI SKUPIENIA SŁUŻBY LITURGICZNEJ W CZĘSTOCHOWIE 

„Panie, przymnóż nam wiary” – prośbą Apostołów w poniedziałek 14 stycznia 2013 r. rozpoczęliśmy dni skupienia w Częstochowie. Od początku przyszło nam modlić się na różne sposoby: podczas Mszy Świętych w kaplicy Domu Rekolekcyjnego Sióstr Miłosierdzia przy ul. Św. Barbary (które były wzbogacane o muzykę i pieśni przygotowane przez brata Przemka Husa), jutrzni, nieszporów, koronki do Bożego Miłosierdzia czy modlitw prywatnych, odmawianych w różnych świątyniach.

W dniach skupienia – razem z ks. Bogdanem i s. Beatą – uczestniczyło 18 osób. Każdy z nas mógłby powiedzieć, że plan był tak napięty, iż mogłoby się wydawać, że z pięciu dni zrobiły się dwa tygodnie. Byliśmy ciągle w biegu. Osobiście odnoszę wrażenie, że większość czasu spędziliśmy na codziennych spotkaniach, które dotyczyły wiary. Te spotkanie odnosiły się zawsze do tematu naszych dni skupienia, zawartym w prośbie Apostołów.

Oczywiście, złożyliśmy wizytę w wielu miejscach świętych, z których Częstochowa słynie. Odwiedziliśmy Dolinę Miłosierdzia, kościół pw. św. Barbary i katedrę pw. Świętej Rodziny. Na samej Jasnej Górze byliśmy codziennie. Naszą duchową stolicę poznawaliśmy również od strony historycznej. Zwiedziliśmy chyba wszystkie muzea, które są ulokowane na Jasnej Górze: Muzeum 600-lecia, Skarbiec, Arsenał, Bastion św. Rocha i Salę Rycerską, na górnej kondygnacji Kaplicy Cudownego Obrazu oglądaliśmy niezwykłą «Golgotę Jasnogórską» Jerzego Dudy-Gracza, a w krużgankach – bożonarodzeniową szopkę z żywymi zwierzętami, które każdy mógł zobaczyć na własne oczy: były tam konie, kozły, kury, ptaki i wiele innych zwierząt.

Chciałbym zwrócić uwagę na wieczorny Apel Jasnogórski, na który chodziliśmy codziennie. Za pierwszym razem poczuliśmy się niemile zaskoczeni: okazało się, że Jasna Góra przyciąga alkoholików, i to nie tylko pod mury, ale również do Kaplicy. Można było tam zauważyć podchmielonych osobników i usłyszeć głośne rozmowy przez telefon (a trzeba podkreślić, że Kaplica Cudownego Obrazu ma bardzo dobrą akustykę). Na szczęście, była to jednorazowa sytuacja podczas naszego wyjazdu. Na kolejnym Apelu mieliśmy okazję zobaczyć uroczystą procesję Ojców Paulinów, którzy właśnie w tym dniu czcili swojego patrona – św. Pawła z Teb, Pierwszego Pustelnika; w modlitwie wraz z licznie zgromadzonymi Paulinami uczestniczył nowy biskup kaliski Edward Janiak, który na zakończenie udzielił błogosławieństwa relikwiami św. Pawła. Zaś na kolejnym Apelu modliliśmy się z delegacją księży francuskich. Przewodniczył jej arcybiskup Jean-Pierre Cattenoz z Awinionu, który na zakończenie udzielił zebranym błogosławieństwa po łacinie.

Na Jasnej Górze mieliśmy również okazję do udziału we wspólnej modlitwie różańcowej: każdy z nas mógł wziąć do ręki mikrofon, trochę się więc stresowaliśmy, ponieważ uroczystość była transmitowana przez Radio Jasna Góra, ale nie było żadnych wpadek. Dwa razy uczestniczyliśmy we Mszy św. w Kaplicy Cudownego Obrazu, w piątek już o godz. 6.00 rano czyli zaraz po uroczystym odsłonięciu Obrazu Matki Bożej. Zrealizowaliśmy nawet pomysł odprawienia Drogi krzyżowej na wałach jasnogórskich. W sezonie zimowym nie jest to najlepszy pomysł, ale nastrój – jak najbardziej odpowiedni.

Był również czas na śmiech. Tu muszę wspomnieć ostatni dzień wyjazdu, kiedy po oficjalnym zakończeniu dni skupienia wyjechaliśmy do Olsztyna (który jest oddalony od Częstochowy o około 15 kilometrów) i spacerowaliśmy w śniegu po ruinach tamtejszego zamku. Wszyscy utytłali się w śniegu, a zrobiło się naprawdę wesoło, gdy zauważono, że również s. Beata zjeżdża ze stoku na… przez jakieś 30-40 metrów w dół.

Czy warto wyjechać na dni skupienia do Częstochowy? Jakie są plusy wyjazdu w sezonie zimowym, a jakie minusy?

Do minusów zaliczam kiepską sytuację w częstochowskim MPK: sytuacja wygląda tak samo jak w Krakowie, ale o około 20 lat wstecz (zatem polecam własny ośrodek transportu). Kolejnym minusem są – jak już wspomniałem wcześniej – pijacy, którzy żebrzą o pieniądze na „chleb” tak na ulicach, jak i pod Jasną Górą, przez co wyobrażenie na temat Częstochowy łatwo zmienia się na gorsze. Ale takich żebraków latem chyba też nie brakuje?

Do plusów na pewno należy mały tłok – nie tylko na Jasnej Górze, ale i w całym mieście. Jest to cenny walor zimowego wyjazdu, ponieważ sprzyja wewnętrznemu i zewnętrznemu uciszeniu, potrzebnemu do przeżycia dni skupienia. A atmosfera miejsca świętego, jakim jest Częstochowa, a zwłaszcza Jasna Góra, sama przez się stwarza warunki odpowiednie dla takich dni skupienia.

Według mnie – warto było wyjechać na pięć dni do Częstochowy w celu głębszego zastanowienia się nad swoją wiarą. Taki wyjazd, przeżyty należycie, na pewno mógł w pewnym stopniu zmienić spojrzenie na Jezusa i Jego obecność w naszym życiu.

Mateusz Piątkowski

———————————————————————————————–

BORY TUCHOLSKIE 2012

Celem kolejnego wakacyjnego wyjazdu służby liturgicznej były Bory Tucholskie. Wyjazd odbył się w dniach 4 – 18 sierpnia i wzięło w nim udział 9 ministrantów i 5 dziewcząt (oraz ks. Bogdan i kl. Przemysław jako opiekunowie). Spotkanie przedwyjazdowe odbyło się w czwartek 2 sierpnia w sali parafialnej. Na spotkaniu Ksiądz odczytał «10 przykazań» obowiązujących na wyjeździe, zapoznał nas też z dokładnym planem wyprawy, a na wszystkie pytania o miejsce zamieszkania odpowiadał, że sam nic nie wie, ale siostra Urszula z klasztoru Sióstr Miłosierdzia w Bysławku zapewniała nieodmiennie: Będzie pięknie, będziecie zadowoleni

Wyjechaliśmy – pełni zapału i ciekawi tego, co zobaczymy – w sobotę 4 sierpnia o godzinie 7.00. Pierwszy etap podróży trwał trzy godziny, po czym zatrzymaliśmy się w Pabianicach. Tam, w kościele pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, została odprawiona pierwsza na wyjeździe Msza Święta. W dalszą drogę wyruszyliśmy o godz. 12.30 i przed godz. 18.00 byliśmy w Bysławku. Nasz ośrodek okazał się starym «domem bogatego gbura» (zakupionym i podniesionym z ruiny przez p. Tomasza Pankanina), posiadającym niesamowity klimat i pełnym różnych zakątków, w których można było zasiąść rankiem lub wieczorem i w spokoju porozmawiać. Zaraz po zakwaterowaniu zostaliśmy nakarmieni, a potem odbyło się spotkanie, podczas którego Ksiądz przybliżył nam historię miejsc, w obrębie których mieliśmy się poruszać.

Następnego dnia udaliśmy się z Legbądu w trasę pieszą, której głównym celem było obejrzenie akweduktu w Fojutowie. Otóż prowadząc od rzeki Brdy kanał nawadniający Czerskie Łąki (które miały być „sianowym zagłębiem” dla koni) – budowniczowie w XIX wieku „przeskoczyli” poprzeczny ciek wodny budując nad nim akwedukt. Pod tym akweduktem ks. Bogdan nakazał nam pozostawić… wszelkie animozje. W trzecim dniu wyruszyliśmy na piechotę do Rudzkiego Mostu, jednak celu nie udało nam się osiągnąć na sucho, gdyż w końcu się rozpadało, mieliśmy natomiast okazję podążać bardzo malowniczą doliną rzeki Brdy. Kolejny dzień został przeznaczony na zwiedzanie Chełmna i okolic. Siostra Małgorzata z miejscowego klasztoru Sióstr Miłosierdzia oprowadziła nas po Starym Mieście szlakiem chełmińskich kościołów, mieliśmy także okazje zobaczyć „najpiękniejszy widok na Świecie” (czyli położoną po drugiej stronie Wisły miejscowość Świecie). Po czym byliśmy jeszcze przy domu pomenonickim w Chrystkowie i w starym młynie w Grucznie.

W środę, 8 sierpnia, wybraliśmy się do Bydgoszczy, by zwiedzić monumentalną bazylikę świętego Wincentego a Paulo oraz bydgoską Starówkę. W czwartek wybraliśmy się do Gołąbka. Na miejscu wyruszyliśmy na ścieżkę przyrodniczo-edukacyjną «Jelenia Wyspa», z dziesięcioma przystankami, na których leśnik – p. Anna opowiadała o roślinności, zwierzynie i wielu interesujących sprawach związanych z lasem, a także o rzece i torfowiskach znajdujących się obok ścieżki. Następnie udaliśmy się do elektrowni wodnej Żur, która została zbudowana w 1929 roku nad rzeką Wdą. Tam został nam przedstawiony system pracy elektrowni, poznaliśmy też kilka ciekawostek związanych z tematem elektryczności. A po południu udaliśmy się nad Jezioro Cekcyńskie (po drodze odbył się jeszcze fotostop w pobliżu Tlenia, gdzie las został powalony przez huragan z dnia 14 lipca).

W piątek udaliśmy się do Wiela, gdzie – w pokutnym duchu – odprawiliśmy Drogę krzyżową na wielewskiej Kalwarii, a następnie udaliśmy się na wieżę widokową we Wdzydzach Kiszewskich, skąd też wyruszyliśmy w rejs statkiem po jeziorze Wdzydze. Następnego dnia przebyliśmy trasę pieszą z Błądzimia do Wierzchucina (odwiedzając po drodze najstarszy polski rezerwat przyrody – rezerwat Cisy Staropolskie im. Leona Wyczółkowskiego). Niedziela była dniem odpoczynku, po uroczystej Mszy św. i obiedzie udaliśmy się więc nad Jezioro Bysławskie Małe (5 minut od ośrodka). Tam spędziliśmy całe popołudnie – kąpiąc się i grając w karty albo w siatkówkę. Następnego dnia uczestniczyliśmy w Mszy pogrzebowej s. Czesławy Prabuckiej o godz. 10.00 (na osobistą prośbę s. Urszuli), a po stypie udaliśmy się do Bysławia, by popołudnie spędzić nad Jeziorem Bysławskim, zażywając kąpieli albo pływając po jeziorze w kajaku lub rowerem wodnym.

Wtorek spędziliśmy zasadniczo w podróży, przejechaliśmy bowiem prawie 300 kilometrów busem, by w Żninie wsiąść do wąskotorówki. Następnie zwiedziliśmy kościół świętego Mikołaja w Gąsawie, który znany jest z malowideł odkrytych pod tynkiem (malowidła te sporządzone zostały na drewnie bez podkładu), a który ks. Proboszcz z dumą przedstawiał jako „najpiękniejszy drewniany kościół barokowy w Polsce”. Natomiast popołudnie przebyliśmy w Biskupinie, gdzie zostaliśmy oprowadzeni po Muzeum Archeologicznym. W świąteczną środę (uroczystość Wniebowzięcia NMP) odbyły się podchody: uczestnicy wyjazdu zostali podzieleni na dwie grupy i wyruszyli w drogę wyznaczoną przez mapę, wykonując po drodze różnorodne zadania. Jednak po krótkim czasie grupy połączyły siły i dotarły do ośrodka nie wykonawszy poleceń, ale za to wszyscy razem. Wieczorem była jeszcze możliwość kąpieli w Jeziorze Bysławskim Małym, a ponieważ się rozpadało – zamiast ogniska rozpalono ogień w kominku i piekliśmy kiełbasy… w kominku. Następnego dnia zwiedzaliśmy Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku, gdzie mogliśmy zobaczyć m.in. dom do góry nogami, liczącą 270 lat autentyczną chatę zesłańców na Sybir, najdłuższą deskę świata czy odtworzony bunkier „Pomorskiego Gryfa”. Następnie przejechaliśmy busem na parking po Wieżycą, by przez Wieżycę (i znajdującą się na niej wieżę widokową) odbyć trzykilometrową trasę pieszą do… Wieżycy.

W piątek zrezygnowaliśmy z wyprawy do Malborka na rzecz… zwiedzania Muzeum Indiańskiego im Sat-Okha w Wymysłowie. Po południu przeszliśmy ulicami Tucholi, po czym udaliśmy się nad Jezioro Środkowe w Gostycynie, gdzie znowu – i ostatni już raz – mogliśmy pluskać się w wodzie. Wieczorem odbył się konkurs wiadomości o zwiedzanych miejscach (wielkim wygranym okazał się Łukasz Sobesto), a ks. Bogdan dokonał podsumowania wyjazdu. Sobota, 18 sierpnia, była już dniem powrotu do Krakowa. Pożegnania nigdy nie są miłe, ale to przecież standardowy etap każdego wyjazdu, więc po przekazaniu podziękowań naszemu gospodarzowi, p. Tomaszowi, kucharce, p. Iwonie oraz s. Urszuli – wyruszyliśmy w drogę.

W sumie przebyliśmy na tym wyjeździe na piechotę tylko 62 kilometry, ale za to aż 2400 kilometrów przejechaliśmy busem. Osobiście zapamiętam szczególnie trasy piesze, podczas których można było odpocząć od cywilizacji i ciągłego pośpiechu, zapamiętam także osoby tworzące ten wyjazd, które nadały wszystkiemu niesamowitą atmosferę, no i to naprawdę wyśmienite jedzenie! Mam nadzieję, że zapamiętam z wyjazdu jak najwięcej ciekawych wiadomości. I z wielką przyjemnością pojechałbym jeszcze raz do Borów Tucholskich, gdyż uważam, że miejsce to jest bardzo ciekawe, spokojne i można spędzić tu naprawdę udane wakacje. Wyjazd z ks. Bogdanem – pewnie jak zwykle – należy więc zaliczyć do udanych. Podsumowując najkrócej jak można: Było pięknie, jesteśmy zadowoleni!!!

 Krzysztof Maślanka

 ———————————————————————————————————————————–

OŚRODEK BADAWCZY CARLSBERG CZYLI GÓRY STOŁOWE 2012

Tradycyjnie od jakiegoś czasu mamy dziwne upodobanie do wakacji w Górach Stołowych. Być może jest to pewne schorzenie, albo mutacja, co dopiero nam oznajmią lekarze za kilkadziesiąt lat; w każdym razie niewątpliwie nasza choroba ma postać agresywną, ponieważ co roku staramy się tym bakcylem zarażać coraz to nowe osoby. Czas pokaże, czy wszczepienie naszej bakterii okaże się owocne i czy znowu będziemy się widywać rokrocznie w podobnym gronie, w tych samych sterylnych warunkach. Tyle słowem wstępu.

Raport

Tegoroczny Projekt Karłowski zamknął się w składzie 24-osobowym. 18 uczestników (w tym 4 żeńskich) i 6 kadrowych. Na uwagę zasługuje fakt, że w tym roku – jako króliki doświadczalne dla wszczepianiem naszego bakcyla – została starannie wyselekcjonowana grupa chłopców w wieku zamykającym się na szkole podstawowej. Czas pokazał, iż był to wielce odważny – by nie rzec: brawurowy – eksperyment, jednak na szczęście zwieńczony powodzeniem. Grupa dziewcząt była mniej selektywnie dobierana: zabrano tylko jedną zdrową i 3 nosicielki. Tworzyliśmy dzięki temu bardzo dumną i huczną grupę, która odważnie sunęła pociągami przez Wrocław do Kłodzka, żeby dotrzeć do miejsca docelowego, które można już ochrzcić mianem ośrodka badawczego: do Karłowa, zwanego w dawnych czasach Carslbergiem (o czym przypomina nazwa lokalu nieopodal naszego miejsca zamieszkania).

Pierwsze dni były sporym wyzwaniem dla Kadry, albowiem dawno nie było już wyjazdu, na którym najmłodsi byliby w zdecydowanej większości. A tu proszę: tym razem całe 14 osób. Mogę zdradzić, że mieliśmy spore problemy z doborem metod wychowawczych, ponieważ starych dobrych metod nie dało się tak łatwo przełożyć na oryginalność współczesnych dzieci. W związku z tym dla niektórych był to okres prób i błędów. Ale jako że jesteśmy doświadczonymi naukowcami i niejedną probówkę w ręku trzymaliśmy – szybko uporaliśmy się z problemami i projekt eksperymentu mógł być bez przeszkód realizowany. Podczas naszych prac badawczych dochodziło do bardzo ciekawych sytuacji, czy zjawisk, które nie sposób opisać wszystkich łącznie. Musiałbym otwierać przewód doktorski, do czego mi się nie spieszy, oczywiście, zatem przytoczę jedynie najciekawsze przypadki.

Zauważyliśmy w  jednym pokoju odchyły troszeczkę wschodnie. Jak wiemy, tamtejsze ludy lubują się w zapachach kadzidła, mirry i aloesu. Często powstaje efekt chmury zapachowej, która otacza przybysza i dzięki temu dostarcza mu różnych doznań. U naszych chłopców było podobnie. Kiedy otwierało się ich komnatę, powoli, ale zdecydowanie uwalniał się opar, którego woń mogła przywodzić na myśl daleką Arabię. A trzeba dodać, iż aromat był wyjątkowo delikatny i subtelny, a efekt był silnie uzależniający – chłopcy nie chcieli więc wychodzić z pokoju, ponieważ przy kontakcie z powietrzem twierdzili, że „się duszą”. Warto dodać, że w pokoju panował równocześnie nietypowy „porządek” (najmniejszy z chłopców mówił o swoich kolegach: „porządek? jak ich przycisnąłem, to zrobili”). To pomieszczenie było wielką ciekawostką folklorystyczną i Kadra bardzo chętnie tam zaglądała. By stwierdzić raz za razem, czy aromat się już ulotnił przez otwarte okna – czy też nadal pomieszczenie wypełnia subtelny zapach… niepranych skarpetek i niemytych ciał.

Warto też dodać, iż u jednego z uczestników dostrzegliśmy wyraźne zainteresowania entomologiczne. Pewnego wieczora przybiegł do naszego Szefa projektu badawczego i oświadczył mu: „Mam dla księdza ćmę!” Po czy otworzył dłoń i wyleciała z niej, istotnie, ćma. Jednak nasz młody specjalista od owadów nie był zadowolony, że ćma szybko uciekła, zatem pobiegł po następną. Przyszedłszy oznajmił: „Mam jeszcze jedną!” Po czym otworzył rękę i faktycznie ukazała się nam ćma numer 2. Jednak ta chyba była nieśmiała, albo nie przejawiała chęci do demonstrowania nam swych funkcji życiowych, co wywołało irytację u naszego młodego badacza. Zaczął dźgać ją palcem, mówiąc: „No! Rusz tyłek!”

Po pomyślnej adaptacji do środowiska laboratoryjnego – byliśmy bardzo ciekawi, jak nasza gromadka sprawdzi się w warunkach terenowych. Okazuje się, iż właściwy sprawdzian nadszedł sam i niespodziewanie. Proszę sobie wyobrazić: ulewny, gęsty, ciężki i zimny deszcz, silny wiatr, ślisko i mokro, a na dodatek… grad stukający po okryciach głów. A do tego wysiłek, pot, strach, odległe grzmoty – i ludzie powoli przemieszczający się na linach kilka metrów nad ziemią. Nie, Drodzy Państwo, to nie żaglowiec w czasie sztormu – to nasi młodzi uczestnicy w parku linowym w Kudowie-Zdroju w trakcie nagłego deszczu. Trzeba przyznać: ich determinacja i siła robiła na nas kolosalne wrażenie. Tylko jednemu nie udało się ukończyć tej morderczej trasy i zawisł na uprzęży. Trzeba jednak oddać mu honor. Aby to uczynić – muszę sięgnąć do literatury starożytnej, do prześwietnego Homera, który opisując śmierć Hektora pisał mniej więcej tak: „Choć Achilles przebił jego szyję oszczepem, to krtań pozostała nietknięta i przemówił”. Tak samo ja mogę rzec: choć zawisł na uprzęży, zawieszony między niebem a ziemią, lęku nie okazał, łez nie wylał i krzyku nie wydał, lecz dzielnie na pomoc czekał.

Nasi dzielni podopieczni, ku naszemu zaskoczeni, radzili sobie doskonale również w mniej inwazyjnych warunkach. Na wycieczkach mężnie parli przed siebie i – mówiąc kolokwialnie – „dawali radę”. Muszę dodać, że były też próby utworzenia projektu specjalnego «H» czyli tzw. grupy «hardkorów». Jako jeden z nadzorców tego projektu specjalnego – mogę z dumą obwieścić, że i w tej grupie badawczej znaleźli się osobnicy, którzy już w wkrótce będą mogli dołączyć do zacnego grona «hardkorów». Mocne cechy przystosowawcze zauważono także w trakcie specjalnego testu, przed zakończeniem projektu, gdy tradycyjnie staramy się wytypować trzech uczestników, którzy najlepiej rokują na zarażenie bakcylem. W tym roku po ciężkich bojach ostatecznie miejsca od pierwszego zajęli: Filip Kamiński, Max Sulima i Dawid Maślanka (ten ostatni zaproszony specjalnie przez Szefa do udziału w projekcie badawczym). W nich pokładamy szczególne nadzieje na pozytywne wyniki wszczepienia.

Podsumowując mój raport, Szanowna Komisjo, chciałbym rzec jedno: mimo iż na ostateczne efekty trzeba czekać i wiele zależy od czynników losowych – uważam, iż zdolności adaptacyjne naszych podopiecznych są na tyle zadowalające, że pozwalają żywić nadzieję na pożądane efekty u większości uczestników. Mimo incydentów, które mogły zaburzyć eksperyment, można patrzeć w przyszłość jasnym okiem i w sposób optymistyczny. Bakcyl Gór Stołowych będzie w stanie przetrwać działanie antybiotyków i być może uda nam się uruchomić produkcję masową. Do tego czasu będziemy oczekiwać na wznowienie projektu i wtedy będziemy mogli przedstawić miarodajne wyniki.

Dziękuję Państwu za uwagę.

A jeśli chodzi o moją opinię ? Wyjazd mi się bardzo podobał i w przyszłości chyba będę wybierał projekt badawczy dla najmłodszych.

 Raport przygotował Jan Kazimierz Godek

————————————————————————————–

TURNIEJ O PUCHAR KSIĘDZA WIZYTATORA CZYLI NIECO ZWARIOWANE ZAWODY

Zaraz po zakończeniu roku szkolnego, czyli w dniach 30 czerwca – 2 lipca odbył się w Centrum Edukacyjnym Radosna Nowina 2000 w Piekarach tradycyjny Turniej o Puchar Księdza Wizytatora Księży Misjonarzy dla służby liturgicznej z misjonarskich parafii. Tym razem wzięło w nim udział 14 ministrantów z naszej parafii – gimnazjalistów i uczniów szkół podstawowych.

XV Turniej o Puchar Księdza Wizytatora Księży Misjonarzy odbywał się w zmienionej formule i zgromadził rekordową liczbę ministrantów: z całej Polski przyjechało ponad 200 ministrantów ze swoimi księżmi-opiekunami, kierowcami autobusów i opiekunami świeckimi. Pod okiem ks. Piotra Klimczaka CM, głównego organizatora zawodów, zgromadzili się ministranci z Bydgoszczy, Sopotu, Wrocławia, Słubic, Iłowej, Grodkowa, Odporyszowa, Zakopanego, Piekar i Krakowa, zabrakło natomiast reprezentacji m.in. Warszawy, Pabianic i… Tarnowa. Zwykle ministranci rywalizowali ze sobą w jednej tylko konkurencji: w piłce nożnej (która po dziś dzień wśród braci ministranckiej cieszy się największą estymą). Tym razem konkurencji miało być więcej – o tyle więcej, że w niektórych zabrakło chętnych. Ostatecznie ministranci rywalizowali ze sobą w piłce nożnej, biegach, pływaniu, szachach, tenisie stołowym, „piłkarzykach” i… konkursie biblijnym z Dziejów Apostolskich. Dodać należy, że każdy uczestnik turnieju mógł startować w trzech różnych konkurencjach (co chyba było „piętą achillesową” turnieju).

Tegoroczny rozmach ministranckiej imprezy nieco przerósł organizatorów. W czym rzecz? Posłużę się dwoma przykładami z naszego podwórka. Ponieważ niedzielny obiad w ostatniej chwili został przyspieszony z godziny 13.30 na godz. 13.00, informacja o zmianie nie mogła dotrzeć na czas do chłopców rozproszonych na terenie Centrum. W rezultacie Wojtek dotarł o godz. 13.15 do stołówki, gdzie zastała go wiadomość, iż o godz. 13.30 ma się stawić na rozgrywki szachistów. Przerwał więc obiad, by stawić się na czas przy szachownicy, i podczas pojedynków nerwowo zerkał na zegarek, ponieważ o godz. 14.00 rozpoczynały się mecze piłki nożnej, a Wojtek był jednym z zawodników w zespole gimnazjalistów. Ale wszystko dobrze się skończyło… Z kolei Piotr spędził w niedzielę pięć godzin w hali sportowej, by rozegrać dwa pojedynki w tenisie stołowym, a kolejny wygrać walkowerem – a wszystko dlatego, że zawodnicy spóźniali się albo nie stawiali wcale, grali bowiem zapewne w tym czasie mecze piłki nożnej (a może zapomnieli o tenisie?). W rezultacie Piotr, jako zawodnik w drużynie piłkarskiej, w ostatnim meczu nie zagrał i został zastąpiony przez rezerwowego… Na szczęście, Wojtek i Piotr startowali tylko w dwóch różnych konkurencjach.

Jak wypadli nasi chłopcy? Nowa, zorganizowana „z marszu” i nie dotarta w bojach piłkarska drużyna gimnazjalistów (W.Stankowski, M.Litewka, W.Oleksy, B.Wędzony, P.Zych, R.Krasicki, P.Krasicki) przegrała mecze eliminacyjne do zera i odpadła z dalszych rozgrywek: z drużyną z Iłowej 2:0, z Sopotu 4:0 i z Bydgoszczy 3:0. W rozgrywkach tenisa stołowego ministranci ze szkoły podstawowej (F.Kamiński, W.Karski, J.Ciszewski) przegrali w eliminacjach… A potem były już same sukcesy! Gimnazjalista Piotr Zych zajął drugie miejsce w tenisie stołowym, przegrywając jedynie z reprezentantem parafii bł. Anieli Salawy. W rozgrywkach szachowych (to była propozycja naszej parafii) chłopcy odnieśli totalny sukces: Wojciech Oleksy został mistrzem wśród gimnazjalistów, a wśród ministrantów młodszych zajęli wszystkie miejsca na podium – Edgar Dziedzic jako mistrz, Filip Kamiński jako wicemistrz i Maciej Lipski jako trzeci (jedynie czwarty zawodnik, D.Ryszawy, nie znalazł się na podium). Sukcesy przypieczętowało I miejsce Franciszka Bednarka w konkursie biblijnym (na poziomie szkoły podstawowej).

Mimo mankamentów – organizatorom XV Turnieju o Puchar Księdza Wizytatora Księży Misjonarzy w Piekarach należą się wielkie wyrazy uznania. Ks. Piotr z liczną grupą współpracowników i młodych wolontariuszy zrobili co mogli, by gościom z całej Polski niczego nie brakowało, a zawody odbywały się w sportowej atmosferze. A trzeba było zapewnić wszystkim (!) noclegi, śniadania, obiady i kolacje w szkolnej stołówce, hektolitry wody mineralnej i źródlanej (nieznośne upały dawały się we znaki również w Piekarach), przygotować boiska piłkarskie i sprzęt niezbędny do przeprowadzenia pojedynków szachowych i tenisa stołowego, biegów i zawodów pływackich, zapewnić dla wszystkich pojedynków sędziów i sekretarki, a także służby ratownicze i medyczne. Chłopcom umożliwiono nawet rozrywkę w postaci… bezpłatnego korzystania z krytego basenu na terenie Centrum. Z czego zresztą chłopcy korzystali skwapliwie i najchętniej.

Spotkanie miało też wymiar duchowy i formacyjny: chłopcy przez trzy dni uczestniczyli we Mszy św. z homilią, codziennie spotykali się w kościele Bożego Narodzenia na jutrzni, mieli też nabożeństwo pokutne z okazją do spowiedzi świętej. Wyjeżdżali z Piekar z zamiarem powrotu tam za rok. I żądni sukcesów, ale raczej innych, aniżeli mistrzostwo w piłce nożnej…

(XYZ)   07.07.2012. 

————————————————————————————————————————————————

MAJÓWKA NAD MORZEM

Było coś dla starszych (czyli zimowisko w Sopocie), musiało też być coś dla młodszych. I tak w piątek 27 kwietnia grupa 6 krucjatek i 10 ministrantów – uczniów szkół podstawowych – wyjechała na obiecaną, sześciodniową «majówkę». Cel był daleko, bo była nim nadmorska miejscowość gdzieś za Wejherowem i Żarnowcem: Lubiatowo. Po prawie 12 godzinach podróży i przejechaniu busem prawie 700 kilometrów – cel został osiągnięty. Co prawda, nasz kierowca – p. Robert zwątpił, czy skręca we właściwym miejscu, gdy okazało się, że ulica Plażowa w Lubiatowie jest polną drogą prowadzącą w kierunku lasu… Ale wszystko się zgadzało i po 10 minutach jazdy polnymi «ulicami» cała grupa szczęśliwie dotarła do «Domu Jana».

Prognoza pogody sprawdziła się pod jednym względem: nad morzem było zimno. Co odczuliśmy już pierwszego dnia: «zmarzlaki» ułożyli się do snu ubrani w jedno, drugie i trzecie wdzianko, a na to przyszła kołdra i koc. Szczególnie chłodne były wieczory i noce. Mieszkańcy ogrzewanych apartamentów mieli być w lepszej sytuacji. Mieli być: w pokojach były kaloryfery, które miały je ogrzewać, ale ogrzewały niespecjalnie. Lepsze okazały się apartamenty zaopatrzone w «kozy»: po trzygodzinnym paleniu drewnem w żelaznym piecyku komin się odpowiednio nagrzewał i w nocy oddawał do pokoju zgromadzone ciepło…

Najbardziej jednak zimno dało się we znaki w czasie pieszych tras brzegiem morza. Pierwsza była ekstremalna niedzielna trasa w okolicach Łeby – z wydm (z Łąckiej Góry) w stronę Rąbki: kilka kilometrów pod wiatr, bardzo zimny i ostro wiejący. Druga była niby mniej ekstremalna: we wtorek od latarni morskiej Stilo do Lubiatowa, 8 kilometrów, ale z wiatrem jakby mniej mroźnym. I wędrowcy byli lepiej ubrani – po nauczce z niedzieli. Opiekunów zaskoczyło jednak coś innego: że nikt nie narzekał – ani na stan zdrowia, ani na ciągłe wędrówki! Chociaż nawet w dniu wyjazdu dziewczęta i chłopcy zostali zbudzeni przed godz. 6.00 rano, aby powędrować na pożegnanie z morzem…

Poza wycieczkami nad morze i oddychaniem świeżą, morską bryzą – uczestnicy wyjazdu dwukrotnie przebywali w stadninie koni w Choczewie, gdzie mogli zażywać konnej jazdy. Większość musiała uczyć się jazdy wierzchem, pod czujnym okiem młodych instruktorek, ale była też niewielka grupka znawców tej sztuki, którzy samodzielnie uprawiali hippikę na maneżu. Ku zdziwieniu opiekunów – do tej grupki już po dwóch lekcjach zostali dopuszczeni dwaj chłopcy: Rafał i Filip. Którzy na wierzchowcach radzili sobie całkiem dobrze.

W Słowińskim Parku Narodowym dziewczęta i chłopcy wspięli się jeszcze na Rowokół (115 m n.p.m.), ongiś święte miejsce dla pogańskich mieszkańców, odwiedzili też pamiątkę po dawnych, słowiańskich mieszkańcach tych ziem: Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach. Po otrzymanych wcześniej wstępnych informacjach – w Klukach mogli zobaczyć tradycyjne słowińskie domostwa, przeczytać o historii jej mieszkańców i obejrzeć groby dawnych mieszkańców na zabytkowym cmentarzu.

Młodzi uczestnicy wyjazdu przez pięć dni gromadzili się na Mszy św. i na naukach poświęconych… 5. przykazaniom kościelnym: codziennie było omawiane jedno z nich. Dziewczęta i chłopcy mieli doskonałą okazję do powtórzenia sobie – albo przyswojenia na nowo – przykazań kościelnych w odnowionej wersji, zatwierdzonej dla wiernych w Polsce w 2002 roku. W konkursie-niespodziance na zakończenie wyjazdu pięciu chłopców bezbłędnie wyrecytowało 5 przykazań kościelnych w obowiązującej wersji. Sukces katechetyczny?

(XYZ)

—————————————————————————————————————————————————

ZIMOWISKO NAD BAŁTYKIEM

Zimą, w czasie ferii szkolnych, przed lub po odpuście parafialnym – przychodzi pora na wspólny wyjazd dziewcząt i chłopców ze służby liturgicznej. W tym roku ks. Bogdan został skutecznie namówiony na kolejny wyjazd do Sopotu. Tym razem miał to być wyjazd integracyjny: miał w nim uczestniczyć ks. Paweł Zych i ministranci z parafii bł. Anieli Salawy.

W niedzielę 12 lutego przed południem dziewiętnastoosobowa grupa zameldowała się na stacji PKP Kraków-Płaszów, by pociągiem TLK – po przejechaniu całej Polski i 12 godzinach podróży – dotrzeć do Sopotu. W pociągu było ciepło, przemierzał Polskę zgodnie z rozkładem (!), a spółka PKP Intercity zaskoczyła młodzież prezentem w postaci czekolady firmy Wawel dla każdego. Ks. Bogdan narzekał więc jedynie na brak zapowiadanego… wagonu barowego. A w Sopocie – na niesprawne automaty biletowe Szybkiej Kolei Miejskiej (o godz. 22.00 kasy były już nieczynne). Bo eskaemką grupa musiała się jeszcze przemieścić do Sopotu-Kamiennego Potoku, by o godz. 23.00 dotrzeć wreszcie na nocleg w gościnnym domu Księży Misjonarzy przy parafii pw. Zesłania Ducha Świętego.

W poniedziałek – po tylko nieco dłuższym spoczynku nocnym – cała grupa dotarła na nabrzeże przystani promowej PŻB w Gdańsku-Nowym Porcie, by rzucić okiem na Westerplatte, ujście Wisły i samą przystań oraz wykonać pierwsze pamiątkowe zdjęcia. Teraz cała grupę czekał spacer brzegiem Zatoki Gdańskiej – przy pięknej, słonecznej pogodzie – do Sopotu, obiad w Sopocie (we własnym zakresie) i spacer po sopockim molo. W sumie: 11 kilometrów. Dobrze, jak na pierwszy dzień wędrowania po Trójmieście i okolicy.

We wtorek w planie był Gdańsk-Oliwa: ogród zoologiczny i cenne tamtejsze zabytki. Ogrodem zoologicznym wszyscy byli trochę zawiedzeni, a to z powodu braku zwierząt na wybiegach (czego należało się spodziewać). Ten brak wynagrodziły jednak gady i ptaki, które można było oglądać w zamkniętych pomieszczeniach. A zwłaszcza małpy, które są „oczkiem w głowie” dyrekcji gdańskiego ZOO: w pobudowanych dla nich drewnianych domostwach młodzież oglądała więc z przyjemnością (albo… obrzydzeniem) i chętnie fotografowała orangutany, szympansy, mandryle, wyjce, makaki, gerezy abisyńskie i lutungi jawajskie.

Po obiedzie w pizzerii i zanim wszyscy weszli do oliwskiej katedry – ks. Paweł zauważył na spacerze emerytowanego ordynariusza gdańskiego, ks. abpa Tadeusza Gocłowskiego. Który, ku zaskoczeniu wszystkich, zaprosił cała grupę „na pokoje” i poczęstował słodyczami (doskonałymi!). Niezaplanowana rozmowa u ks. Arcybiskupa trwało dobrą godzinę. Aż do wspólnej modlitwy w prywatnej kaplicy ks. Arcybiskupa, która zakończyła miłe spotkanie.

Podczas spotkania ks. Arcybiskup pytał, młodzież odpowiadała, młodzież pytała, odpowiadał ks. Arcybiskup. W odpowiedzi na pytanie o zniszczenia wojenne w Gdańsku – ks. abp Gocłowski przypomniał, że Gdańsk nie był zniszczony w czasie wojny: został zdewastowany i spalony przez Armię Czerwoną już po ustaniu działań wojennych. Tu ks. Arcybiskup przypomniał epizod ze swojej posługi pasterskiej. Otóż uczestniczył w uroczystym posiedzeniu Rady Miejskiej Gdańska. Podczas posiedzenia historyk w swoim referacie stwierdził: Armia Czerwona spaliła Gdańsk. Na które to stwierdzenie demonstracyjnie opuścili posiedzenie… radni SLD. Przy oklaskach pozostałych radnych. Natomiast na spotkaniu pozostał… konsul Federacji Rosyjskiej. Też otrzymał oklaski, chociaż z innych powodów, aniżeli radni SLD.

W środę cała grupa pojechała szynobusem na Hel i z powrotem. Czasu na zwiedzanie Helu nie było więc dużo (wszystkiego 4 godziny), ale wszyscy zdążyli zwiedzić tamtejsze Muzeum Rybołówstwa – wrażenie mogły zrobić zwłaszcza ukazane tam fatalne perspektywy światowego rybołówstwa, będące skutkiem rabunkowych połowów na wszystkich morzach świata – a także dotarli na helski cypel, niektórzy zaś oddali się przeszukiwaniu helskich umocnień (dziś już pięknie oznaczonych i opisanych), które pozostały otwarte dla turystów po opuszczeniu terenu przez wojsko; widok helskich umocnień niewątpliwie przybliżył młodzieży piękną kartę naszej historii, jaką była obrona półwyspu w 1939 roku. Ba, starczyło jeszcze czasu na popołudniowy posiłek. I jak niektórzy z miejsca wypatrzyli czynną pizzerię, tak koneserzy wypatrzyli restaurację Canoga (po kaszubsku: wędrowiec), a w niej dania miejscowej kuchni…

W czwartek – znowu przy pięknej, słonecznej pogodzie – cała grupa wędrowała brzegiem morza do Gdyni. Tam niezawodną atrakcją okazało się gdyńskie Oceanarium (ten aksolotl meksykański!), a potem także słynny sklep Batory. A najbardziej niestrudzeni uczestnicy wieczorem wybrali się po raz drugi do sopockiego Aquaparku (po raz pierwszy byli tam we wtorek). Zaś dla części chłopców o wiele bardziej atrakcyjna okazała się możliwość oglądania w telewizji transmisji meczów piłki nożnej: najpierw Legii Warszawa ze Sportingiem Lizbona, a potem Wisły Kraków ze Standardem Liege. Nawet jeżeli polskie drużyny nie zachwyciły.

W piątek nie pozostało zrobić nic innego, jak wreszcie zwiedzić Gdańsk. Zwiedzanie zaczęto od Muzeum Narodowego, umieszczonego w dawnym klasztorze franciszkańskim. Ceramika i porcelana oraz malarstwo flamandzkie i holenderskie – w sumie nic tak nadzwyczajnego, by ściągać tłumy zwiedzających. Ale ks. Bogdan prowadził tam grupę już nie po raz pierwszy. Wszystko przez eksponowany tam Sąd Ostateczny Hansa Memlinga. Niezwykła tematyka tryptyku (bo jest to tryptyk ołtarzowy), wspaniała kolorystyka, precyzja malarskiego rzemiosła, złudzenie przestrzeni i perspektywy, artystyczna wyobraźnia, realizm szczegółów, głęboka teologia – to wszystko nie może nie przyciągać wciąż nowych fanów średniowiecznego malarza. Zwłaszcza, gdy trafia się na dzień wolnego wstępu, którym jest piątek… Proszę księdza, dlaczego na obrazie więcej jest tych, którzy idą do piekła, aniżeli tych, którzy idą do nieba? – przytomnie pytał Piotr, najmłodszy uczestnik wyjazdu, który z wielkim zainteresowaniem oglądał arcydzieło. Jest więc nadzieją, że Memlingowi przybędzie fanów. W końcu także spośród tych, którym jeszcze „nie zagrało ono w duszy”.

A potem trasa zwiedzania prowadziła (z przerwą na obiad) obok i przez najważniejsze zabytki Gdańska: dawny port nad Motławą, Zieloną Bramę, Długi Targ, obok fontanny Neptuna (w remoncie) i ratusza przez Bazylikę Mariacką, obok Bramy Wyżynnej, Ratusza Staromiejskiego do Poczty Gdańskiej, i obok kościoła św. Jana do kościoła św. Mikołaja – jedynego, który nie został spalony przez Sowietów.

Codziennie w kaplicy gościnnego domu Księży Misjonarzy uczestnicy gromadzili się na Mszy św. odprawianej w języku łacińskim, której przewodniczył ks. Bogdan. Z pomocą ks. Pawła i kolegów z parafii bł. Anieli Salawy poznawali świętych: św. Dominika Savio, św. Tarsycjusza, bł. Franciszka i Hiacyntę Marto, bł. Pier Giorgio Frassati i zmarłego w 2006 roku Carla Acutis (który jest kandydatem na ołtarze). Kandydaci na lektorów czytali czytania mszalne, Anamika śpiewała psalmy, a Mateusz z gitarą w ręku prowadził śpiew. Pewnie wszyscy starali się dobrze modlić, skoro Boża Opatrzność czuwała nad młodymi i ich opiekunami. W sobotni wieczór po podróży ekspresem Intercity Małopolska powrócili więc cali i zdrowi do Krakowa. Spowitego zresztą tradycyjnym smogiem, od którego w Trójmieście zdążyli się odzwyczaić.

(XYZ)

————————————————————————————————————————————————

CZY TO JAKAŚ MAFIA?

Jakiś czas temu, zaraz po zakończeniu wakacji, jeden z księży w naszej parafii przytoczył mi opinię pewnej parafianki: Ministranci to jakaś mafia! Wszyscy o nich piszą, ale nikt ich nie widział. Prawda, mało jest ministrantów przy ołtarzu, szczególnie widać to właśnie podczas wakacji, kiedy lwia część służby wyjeżdża. Nasze braki kadrowe nie są jednak bez przyczyny i lenistwo niektórych chłopców nie jest jedyną i najważniejszą z nich, zapewniam.

 

Zacznijmy od demografii. Możemy zaobserwować w naszym kraju postępujący niż demograficzny, jest on spowodowany różnymi czynnikami społecznymi, ale odbija się to także na nas. Od ks. Opiekuna dowiedziałem się, że spośród 110 dzieci, które w szkołach przygotowują się do Pierwszej Komunii w naszym kościele, na terenie naszej parafii mieszka zaledwie 29 (słownie: dwadzieścia dziewięć chłopców i dziewcząt). Skoro dzieci jest coraz mniej, to skąd się wezmą nowi ministranci? Z powietrza? Rachunek jest prosty: im mniej chłopców, tym mniej powołań do Liturgicznej Służby Ołtarza i choćbyśmy mieli stawać na głowie, nic z tym nie zrobimy. Jedynie rodziny mogą tu coś zdziałać.

 

Następnym problemem jest „konkurencja” ze strony zajęć dodatkowych dla dzieci i młodzieży. Teraz rodzice mają bardzo szeroki wachlarz możliwości, mogą swoją pociechę posłać do klubu sportowego na koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną, na zajęcia sztuk walki typu karate, judo, jujitsu, kung-fu, wybrać inne rodzaje aktywności – jak jeździectwo, szermierka, taniec, zajęcia plastyczne, a na korepetycjach skończywszy. W tym zestawieniu służba liturgiczna prezentuje się dosyć kiepsko. Nie trzeba płacić kilkuset złotych za zajęcia (w myśl zasady: wysoka cena równa się wysoka jakość), nie nabiera się jakichś wybitnych umiejętności, a na dodatek dziecko może zostać poddane „religijnej indoktrynacji” (czego wielu rodziców dziś sobie nie życzy). Słowem: posłać dziecko do grona ministrantów – to dziś bardzo niewygodne.

Niepokojącym zjawiskiem jest fakt, iż ministranci coraz szybciej odchodzą, coraz rzadziej doczekują matury. Przyczyn należy szukać w środowisku, bo trzeba szczerze powiedzieć, że wartości chrześcijańskie i wiara nie są zbyt popularne. Już w gimnazjum chłopcy spotykają się z różnymi innymi wyznaniami i ateizmem. Zdarzają się również nieprzyjemne zaczepki i szykanowanie, a miejscami nawet konieczność obrony własnej wiary, kiedy nie jest ona jeszcze dobrze ukształtowana. Wtedy też człowiek zderza się z kulturą masową, pozbawioną moralności i opartą jedynie na rozrywce. Tutaj po raz pierwszy u wielu pojawia się kontakt z różnego rodzaju używkami, takimi jak papierosy, alkohol, a w najgorszym wypadku narkotyki, bądź popularne ostatnio „dopalacze”. W gimnazjach chłopak ma bardzo często pierwszy kontakt z pornografią i tematyką seksualności; w gazetach typu Bravo znajdują się nawet zachęty do jak najszybszego „pierwszego razu”. Ten obraz to jedynie wycinek tego kalejdoskopu, w którym młody chrześcijanin-ministrant jest zmuszony żyć. Nic więc dziwnego, że wielu z nich nie wytrzymuje presji i odchodzi. Jest to smutne, ale prawdziwe: środowisko, w jakim żyje dzisiejsza młodzież, coraz bardziej ją demoralizuje i zniekształca wszystkie tradycyjne wartości.

 

Mało pocieszające jest, że nie tylko Liturgiczna Służba Ołtarza cierpi na niedostatek ochotników. Odczuwają to również inne organizacje młodzieżowe – jak harcerstwo (ZHR, ZHP), czy wolontariat (PCK, Caritas). Mamy do czynienia z ogólną tendencją, zgodnie z którą coraz mniej osób chce się angażować w wartościowe społeczności, ukierunkowane na samodoskonalenie czy pomoc innym. Powodem jest zapewne to, że na dłuższą metę ultraliberalna kultura masowa zaczyna deklasować kulturę elitarną, do której zaliczamy m.in. religię. Przestaje się liczyć to co prawdziwe i wartościowe, a wybiera się to co szybkie, łatwe i tanie – byle nie myśleć, byle tylko się zabawić. Na tym wychowuje się współczesny człowiek.

 

Mógłbym jeszcze długo wymieniać i dodawać przeciwności, którym musi codziennie stawiać czoło ministrant, aby ukazać problem, jaki ma służba liturgiczna. Teraz jednak pora zadać jedno zasadnicze pytanie: co z tym można zrobić? Największą rolę mogą tu odegrać rodzice, dziadkowie, krewni; jeżeli będą zachęcać chłopców, aby przyszli i spróbowali, lub zobaczyli co ich tu może czekać, lub będą większą uwagę przykładać do wychowania i przygotowywać ich na problemy, jakie stwarza im środowisko – wtedy na pewno będzie odzew. My sami też staramy się przeciwdziałać niedostatkowi powołań i też zachęcamy chłopców – w tym roku odwiedziliśmy szkoły na terenie parafii i dzieci pierwszokomunijne, zachęcając do wstąpienia w nasze szeregi. Zawsze jednak największą siłę przebicia ma modlitwa. Dlatego prosimy: Drodzy Parafianie, módlcie się za nas jak najczęściej, a także o nowe powołania do Liturgicznej Służby Ołtarza – szczególnie w pierwsze czwartki miesiąca. To wsparcie jest nam bardzo potrzebne, bo więcej chłopców odchodzi aniżeli przychodzi, a ostatnie czego chcemy – to tego, aby nas zabrakło. Zatem jeszcze raz bardzo proszę: pamiętajcie o nas w waszych modlitwach. Wtedy przestaniemy być niewidoczną mafią, a staniemy się widzialną służbą.

Jan Kazimierz Godek

(12.10.2010)